Biegam bo lubię

Historia mojej biegowej przygody…

Bieg Niepodległości z nową życiówką

Dawno nic się na blogu nie działo, więc czas nadrobić zaległości. Sposobność ku temu jest idealna, bo jestem właśnie po 27. Biegu Niepodległości, który wyszedł mi… o tym dalej.

Od dawna nie udało mi się poprawić życiówki na 10 km. Zważywszy na to, że moja pierwsza życiówka jaką wybiegałem w debiucie podczas Biegnij Warszawo 2013 to 44:40, a ta obecna wynosiła 41:40 to było trochę słabo. Przez ponad 2 lata biegania progres o zaledwie 3 minuty? Coś tu jest nie tak. Dlatego też uznałem, że trzeba w końcu postarać się o nową, a jak już nową to taką, która będzie łamała tę magiczną barierę 40 minut, a co za tym idzie będzie schodziła ze średnim tempem poniżej 4:00 min/km. Niby to tylko psychologia, ale ta zmiana pierwszej cyferki z „4” na „3” jest naprawdę ciężka do przeskoczenia. Było to dla mnie nie do ogarnięcia umysłem, aż do czasu…

pierwszego biegu z cyklu City Trail, który odbył się w październiku. Tam, na dystansie 5 km, udało mi się zejść z życiówką z 20:20 na 18:24! Poprawa była bardzo znaczna, ale nie to było najważniejsze. Najważniejsze było to, że tam właśnie pękła ta bariera trójki z przodu w średnim tempie. Naprawdę jest to trudne do wytłumaczenia, ale psychika robi tu kolosalną barierę. Gdy miałem czas 20:20 na piątkę to wydawało mi się mega ciężkim do osiągnięcia choćby 19:55, bo to wiązało się z tym, że kilometry będzie trzeba pokonywać w tempie 3:59 min/km. Teraz gdy zrobiłem te 18:24 (czyli tempo średnie 3:41 min/km) to wiem, że spokojnie mogę niebawem łamać 18 minut, a i 17:30 nie jest niemożliwe. Jedyne co było potrzebne by to zrozumieć to odblokowanie głowy. To się stało właśnie wtedy… podczas tego jednego biegu City Trail.

Dlatego właśnie przed Biegiem Niepodległości nie martwiłem się o życiówkę, bo może zabrzmi to mało skromnie, ale wiedziałem, że nie ma opcji żebym jej nie poprawił. Mało tego… ja byłem przekonany, że złamie spokojnie te 40 minut i kwestią było tylko jak bardzo. Już kilka dni przed biegiem mój zapał trochę ostygł gdy prognozy pogody zaczęły zapowiadać deszcze i silne wiatry. To było to co mogło pokrzyżować mi plany. O ile deszcz nie robił mi zbytniej różnicy to już z wiatrem było gorzej. Trzy dni wcześniej biegłem swój ostatni półmaraton do korony. Tam też strasznie wiało, więc wiedziałem dobrze, że biegnąc pod wiatr nie będę mógł dać z siebie wszystkiego. Na szczęście w dniu biegu okazało się, że wieje, ale nie tak bardzo jak się tego obawiałem.

Na start pojechaliśmy całą gromadą z naszego „Biegam na Tarchominie”. Było nas dobre kilkanaście, albo i kilkadziesiąt osób. Kilkoro z nas miało zakusy na nowe życiówki, niektórzy tak jak ja chcieli łamać 40 minut. Po ogarnięciu depozytów, wspólnym zdjęciu i wymianie rad rozeszliśmy się do swoich stref. Razem z Kamilem udaliśmy się do pierwszej strefy, stanęliśmy spokojnie pod koniec tych wszystkich „wymiataczy” i czekaliśmy na start. Plan był prosty. Do połowy trzymać tempo około 4:00 min/km, a później spróbować pocisnąć ile się da. Niestety jak to u nas z planami dotyczącymi tempa bywa… nie wyszło :)
Wystartowaliśmy i pierwszy kilometr wyszedł w miarę ok, ale to tylko dlatego, że ludzie nie wiedzieć skąd biorą się na początku pierwszej strefy i biegną tempem 7:00 – 8:00 min/km. To jest chore żeby strefa VIP startowała z przodu. Powinna być elita, strefa I i później VIP i kolejne strefy. Jak można VIPów puszczać przed pierwszą strefą?!? Wracając do biegu to… drugi kilometr już nam nie wyszedł, bo zrobiliśmy go w 3:36 min/km :) Zdecydowanie za szybko. Później tempo ustabilizowało się na około 3:52 min/km. Niestety gdzieś po drodze zgubiłem Kamila i leciałem już sam. Do połowy co jakiś czas czułem podmuchy z przodu… pocieszało mnie to o tyle, że za piątym kilometrem była nawrotka i wracało się tą samą drogą. Niestety… po zawróceniu okazało się, że tutaj jest jeszcze bardziej pod wiatr :) Nie wiem jak to możliwe, ale naprawdę tak było :) Na półmetku miałem 19:10, więc jak na łamanie 40 minut to nieco za szybko, ale w sumie dobrze, bo był zapas na drugą część trasy.
Od połowy zaczęła się już lekka męczarnia, tempo nieznacznie spadło i zaczęła się walka o wynik. Kilka razy przemknęło mi przez głowę, że „po co ja to robię?!?! Mogłoby zacząć mnie coś boleć to bym miał pretekst żeby zejść”. Na szczęście nie poddałem się kuszeniu głowy do odpuszczenia i starałem się trzymać tempo. Od około 7 km wiedziałem już, że na pewno złamię 40 minut… wiedziałem, że nawet gdybym zwolnił do 4:30 min/km to i tak się to uda. Od ósmego kilometra, po zaliczeniu ostatniego podbiegu na wiadukt, udało się nawet lekko przyspieszyć. Postanowiłem wtedy, że nie będę już patrzył na zegarek tylko będę biegł żeby nie demotywować psychiki. Gdy do mety było około 400 – 500 metrów postanowiłem przyspieszyć i nawet nie sprawiało mi to wtedy wielkiego problemu. Po chwili spojrzałem na zegarek, na którym widniał czas 38:33… do mety było już naprawdę blisko, więc zerwałem się jeszcze mocniej licząc na złamanie 39 minut. Niestety… zabrakło 8 sekund. Po prostu za późno spojrzałem na zegarek. Jestem przekonany, że gdybym miał świadomość jak niewiele brakuje to wycisnąłbym z finiszu więcej i złamałbym te 39 minut.

Nie ma jednak co narzekać… 39:08 to i tak życiówka poprawiona o ponad dwie i pół minuty. Na kolejne przyjdzie czas :)

Łemkowyna Ultra Trail 2014

Niespełna pięć miesięcy po tym jak zarzekałem się, że nigdy więcej… przyszedł czas na mój drugi ultramaraton. Tym razem wybór padł na Łemkowyna Ultra Trail, który rozgrywany był w Beskidzie Niskim. Do wyboru był dystans krótki (70 km) oraz długi (150 km)… oczywiście wybór padł na krótszą trasę, bo na długiej umarłbym i to za pewne nie jednokrotnie. Na bieg wybrałem się razem z Kamilem… moim kuzynem, który zaczął biegać pół roku wcześniej i na swoim koncie nie ma jeszcze zaliczonego nawet maratonu. Jak widać jest większym hardcorem niż ja:) Ja po swoim pierwszym doświadczeniu z biegami ultra miałem jako takie wyobrażenie tego co może nas czekać. Poprzedni bieg, którym był Ultramaraton Podkarpacki także liczył sobie 70 km, ale miał około 1200 metrów przewyższeń… ten obecny na tym samym dystansie miał mieć tych przewyższeń około 2500 metrów. Moje wyobrażenia były więc takie, że będzie to podobny bieg z tym, że podbiegi będą nieco dłuższe.

Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce zacząłem rozumieć, że to chyba nie będzie tak jak sobie to wyobrażałem. Moja pierwsza myśl była… „tu naprawdę są góry”. Poprzedni ultramaraton startował w Rzeszowie, wiec gór tam za bardzo nie było. Na ten też jechaliśmy busem z Warszawy do Rzeszowa co tym bardziej potęgowało wrażenie podobieństwa. Jednak tym razem należało od tego Rzeszowa jeszcze trochę dojechać… start był z Chyrowej, a meta w Komańczy. Do Rzeszowa dotarliśmy na godzinę 13.30 w piątek, a do Chyrowej około 17.00. Bieg rozpoczynał się w sobotę o 7.00 rano, więc nie pozostawało nam nic innego jak, po ulokowaniu się w naszej kwaterze, iść odebrać pakiety. Tym razem, w odróżnieniu od poprzedniego biegu, wyposażenie obowiązkowe faktycznie było weryfikowane, więc po odbiór pakietu musieliśmy iść dobrze przygotowani. Na szczęście mieliśmy wszystko co konieczne, więc była to czysta formalność.

W tle oblodzone drzewa na szczycie (zdjęcie nie oddaje w pełni efektu)W sobotę pobudka o 5.30, dopakowanie wszystkiego do końca, szybkie śniadanie i pora pędzić ze wszystkimi rzeczami by oddać je do depozytu koło startu. Start i meta są w różnych miejscach, więc depozyt jest konieczny, bo organizatorzy zapewniają transport zdeponowanych rzeczy na metę w Komańczy. Ostatni zawodnicy odbierają jeszcze pakiety, pozostali rozgrzewają się, bo pogoda jest typowo jesienna. Nad głowami lata dron, który filmuję przygotowania do startu… nagle rozpoczyna się odliczanie i ruszyliśmy. Na pierwszym kilometrze czekał nas pierwszy, dość znaczący podbieg (tak przynajmniej wynikało z mapy). Tak też było… po przebiegnięciu niecałego kilometra trasa zaczęła wznosić się polną ścieżką. Wzniesienie było na tyle strome, że większość uczestników pokonywała je idąc… my, jak na nowicjuszy przystało, nie próbowaliśmy być szybsi. Wdrapaliśmy się na szczyt i potem kontynuowaliśmy bieg. Kolejne, najtrudniejsze wzniesienie miało nas czekać w okolicach dziesiątego kilometra. Miał to być najtrudniejszy podbieg/podejście na całej trasie. Całej czyli nie tylko naszej siedemdziesięciokilometrowej, ale także biorąc pod uwagę trasę dłuższą, która swoją końcówką pokrywała się z naszą, ale wcześniej prowadziła jeszcze przez nieznane dla nas 82 kilometry. Zanim jednak nastał ten trudny moment czekała nas niespodziewanie ciężka przeprawa z bardzo błotnistymi szlakami. Zarówno podbiegi jak i zbiegi na takiej nawierzchni nie należały do łatwych. Nogi grzęzły po kostki w błocie co znacząco utrudniało poruszanie się, a dodatkowo powodowało ślizganie się mimo obuwia przystosowanego do tego typu biegów. Mimo trudnych warunków biegło nam się bardzo dobrze. W górę żwawo, a w dół jeszcze bardziej. Zbiegaliśmy naprawdę szybko wyprzedzając innych biegaczy dość swobodnie. Błoto, korzenie, kamienie… wszystko to na zbiegach nie było nam straszne. Dotarliśmy w końcu do podbiegu, a w zasadzie podejścia. Nie wierze by ktokolwiek mógł tam podbiegać. Nie wiem jaki to był procent wzniesienia, ale w połączeniu z błotem i wyślizganą trawą dawało naprawdę trudną mieszankę. Na szczęście przed nami było sporo zawodników, wiec potworzyły się swoiste schodki od ich butów i można było znaleźć punkty zaczepienia na śliskiej nawierzchni. Czasami trzeba było chwytać się trawy, by się nie zsunąć. W pewnej chwili pomyślałem, że łatwiej będzie lekko podbiegać niż podchodzić. Nie było jednak możliwości wystartowania, bo co próbowałem rozpocząć bieg to noga mi się ślizgała… po kilkuset metrach polanka skończyła się i weszliśmy w las. Stromość jednak nie uległa zmianie. Teraz poruszaliśmy się serpentyną po zboczu. Docierając do szczytu usłyszałem, że zaczyna padać… nawet zapytałem Kamila „czy to deszcz?”. Po chwili okazało się, że to nie był deszcz. Na samym szczycie naszym oczom ukazał się krajobraz iście bajkowy. Drzewa, trawy i cała reszta pokryte były dość grubą warstwą lodu. Wyglądało to przepięknie, a to co padało to po prostu kawałki lodu strącane przez wiatr. Później trasa była już spokojniejsza i bez większego problemu dotarliśmy do pierwszego punktu żywieniowego, który zlokalizowany był na 22 kilometrze. Kanapki, ciastka, izotonik… uzupełnienie wody w bukłaku i można biec dalej. Jako cel obieramy kolejny punkt, który będzie na 39 kilometrze. Tuż przed ostatnim, mocnym podejściem. Do pierwszego punktu mieliśmy 22 kilometry, a tutaj ma ich być 17, wiec powinno zlecieć szybko. W sumie tak też się stało. Spora część tego odcinka prowadziła asfaltem, co było miłą odmianą od błota, które towarzyszyło nam przez większość biegu. Dwa razy wpadł mi do buty kamyk, ale nauczony doświadczeniem z Podkarpackiego ultramaratonu natychmiast się go pozbywałem by nie dopuścić do powstania bąbla. Paradoksalnie najtrudniejszym momentem tego odcinka był zbieg, na którym nie było błota tylko ubita nawierzchnia. Był on dość stromy i jak się lekko rozpędziliśmy to miałem strach w oczach, bo nie bardzo dało się hamować… na szczęście obyło się bez upadku i szczęśliwie dotarliśmy do drugiego punktu. Ja nie uskarżałem się na żadne dolegliwości, ale Kamil miał drobny problem ze stopą, na której robił mu się bąbel, więc skorzystał z pomocy medyków, którzy fachowo opatrzyli mu ranę. Ja w tym czasie wciągnąłem chyba 3 kubeczki żurku, który na tym punkcie był wyborny. Żurek, herbata, czekolada… tak zleciało mi oczekiwanie na koniec pracy medyków:) Uzupełniliśmy oczywiście braki wody i ruszyliśmy dalej. Kolejny punkt miał być na 53 kilometrze i to miejsce obraliśmy jako kolejny, psychologiczny punkt.

Błotko. Tutaj akurat skromny kawałek. Na trasie było go o wiele więcej.Tuż za punktem rozpoczynało się najdłuższe podejście na trasie. Na szczęście już nie tak strome jak to na 10 kilometrze, ale przez swoją długość też dawało się mocno we znaki. Na początku był to asfalt, potem szutrowa droga, ale później znów błoto. Kamil dobrze zbiegał, więc w dół prowadził on, a gdy było podejście ja byłem na przedzie. Nadawałem dość mocne tempo i w ten sposób wdrapaliśmy się na samą górę. Od tego miejsca miało już być w większość płasko lub w dół z niewielkimi podbiegami. Zbliżaliśmy się do ostatniego punktu, ale nie było go widać na horyzoncie. Według GPSu powinien już dawno być, a tu nic. Wtedy Kamil miał mały kryzys. Szczerze powiem, że nie był on taki mały, bo mówił, że już kończy i nie da rady dalej i jak go widziałem to byłem przekonany, że tak się stanie. Próbowałem go motywować, że mamy dużo czasu i damy radę, ale naprawdę wyglądał jakby miał zaraz zejść z tego świata. Na szczęście udało nam się dotrzeć do punktu, który jak się okazało był sporo dalej niż pokazywała to mapa. Na punkcie nawcinaliśmy się ciastek, czekolady, popiliśmy wszystko Colą, której było tam pod dostatkiem i ruszyliśmy na ostatnie 13 kilometrów, które pozostały do mety. Początek to podejście, które było już ostatnim na całej trasie. Potem pozostały już tylko symboliczne wzniesienia, ale ogólnie cała trasa była w dół lub ewentualnie płaska. Jako że poruszaliśmy się do góry to ja prowadziłem. Mając jeszcze świadomość, że Kamil ma kryzys musiałem go ciągnąć do przodu. Ruszyłem więc mocnym tempem do przodu. Plan był taki że idę szybko i co chwilę czekam na niego gdy trochę zostanie. Ale gdzie tam… Kamil narodził się na nowo. Zasuwam do przodu, oglądam się, a on jest tuż za mną. No to idę dalej nie zwalniając tempa, znów się oglądam, a on nadal się mnie trzyma. Później gdy teren się wypłaszczył patrze a ten mnie wyprzedza i biegnie dalej. Naprawdę w tym momencie pojąłem że wszystko siedzi w głowie. Taka przemiana nie byłaby możliwa gdyby nie chodziło o głowę. Prawdą jest to co piszą w mądrych książkach, że „jeśli wydaje Ci się, że już nie możesz… to tylko Ci się wydaje”. W taki sposób pędziliśmy do mety mając świadomość że nie uciekniemy przed zmrokiem. Staraliśmy się dotrzeć jak najdalej póki było coś widać. Noc zastała nas na szczycie, na polanie. Tam w ruch poszły czołówki. Na szczęście zostało nam już około 5 kilometrów do mety, więc parliśmy do przodu, bo wtedy już wiedzieliśmy że nie może nam się nie udać. Jako nowicjusze nie wiedzieliśmy jaki sprzęt kupić. Na szczęście mi udało się trafić na czołówkę, która świeciła… Kamil nie miał tyle szczęścia i kupił taką, która sprawiała że jego było widać, ale on nic nie widział :) Dotarliśmy do punktu gdzie skończyła się łąka, a zaczął ciemny las… las i błoto. Na początku szedłem pierwszy oświetlając drogę i co chwile odwracałem się oświetlając ją Kamilowi gdy było jakieś trudniejsze miejsce. Później jednak Kamil poszedł na żywioł i stwierdził „dobra… biegniemy!”. Trochę się zdziwiłem, bo o ile ja nie miałem problemu żeby biec to on poruszał się jak kret. No ale skoro chciał… to lecimy. Biegłem oczywiście przodem i co chwilę ostrzegałem tylko, że np „po lewej korzeń…”, „Błoto na środku” itd. Tak dotarliśmy do cywilizacji. Ja biegłem na luzie, a Kamil za mną, mało widząc powtarzał moje kroki ufając że wiem gdzie stawiam nogi. Wbiegliśmy na asfalt i nie mieliśmy pojęcia ile nam jeszcze zostało do mety, ale wiedzieliśmy że na pewno nie dużo. Tak też było. Nie wiem nawet po ilu minutach, ale na pewno nie więcej jak po dziesięciu dotarliśmy do mety. Medale, pierogi, żurek… i ulga, że się udało, że dotarliśmy, że nie zjadły nas wilki ani niedźwiedzie. po prostu szczęście:)

Śniadanie z Biedronki w oczekiwaniu na busa z Sanoka do Warszawy :)

Na mecie zaopiekował się nami jeden z organizatorów, który pokazał nam gdzie co mamy, gdzie pierogi, gdzie żurek… a do tego po wszystkim podwiózł nas do depozytu po rzeczy, poczekał cierpliwie aż się przebierzemy i jeszcze zabrał znowu na metę. Dzięki Gniewomir!

Imprezę oceniam bardzo dobrze. Niektórzy narzekali, że oznaczenie niby było słabe trasy, ale ja nie zauważyłem słabego miejsca. Wszędzie było wiadomo gdzie biec. Wolontariusze bardzo mili i pomocni. Na pewno nie zapomnę tego biegu długo. Teraz dopiero wiem co to znaczy prawdziwy bieg górki. Teraz wiem, że ten poprzedni to był spacerek w porównaniu z tym co było tu. Na pewno jeszcze wrócę by zdobyć dłuższą trasę. Złapałem bakcyla i już nie mogę się doczekać kolejnego biegu w górskim klimacie. No i dzięki Kamil dla Ciebie… sam bym za pewne nie dał rady. Co dwóch wariatów to nie jeden:)

Po biegu nocowaliśmy w szkole, gdzie noclegi zapewniał organizator. Gdy przybyliśmy na miejsce okazało się, że do dyspozycji zawodników są trzy klasy i sala gimnastyczna. Szukaliśmy miejsca, ale wszędzie było już dość tłoczno. W jedne klasie były same dziewczyny… one też nie bardzo chciały nas przyjąć :/ Zobaczyliśmy otwarte pomieszczenie z napisem „szatnia”… było puste, więc nie myśląc długo rozlokowaliśmy się w nim. Położyliśmy się pod jedną ze ścian zostawiając 2/3 sali wolne. Zamknęliśmy drzwi, wyłączyliśmy światło… i poszliśmy spać. Zanim usnąłem słyszałem co chwile jak przybywali nowi biegacze. Utkwił mi w pamięci jeden komentarz zawodnika, który z tego co się zorientowałem zajął wysoką pozycję w biegu na 150 kilometrów. Powiedział on coś w stylu „Przyjechałem tu, bo pomyślałem, że Beskid Niski, więc będzie fajny, przyjemny bieg… a tu okazało się, że trasa była naprawdę wyjątkowo trudna… byłem w szoku”. Tym bardziej poczułem wtedy dumę, że daliśmy radę… my żółtodzioby skoro nawet „fachowiec” stwierdził, że trasa była trudna. Najlepsze było jak przebudziłem się w nocy by iść za potrzebą. Wstałem, wyszedłem z naszego „aparatamentu”, a tam… cały korytarz zasłany śpiworami:) A my sami, w naszym dwuosobowym apartamencie. Dopiero po tym jak wróciłem dołożyły się do nas dwie osoby… chyba dlatego, że jak wracałem to źle zamknąłem drzwi i same się uchyliły. W ten sposób nasza dwójka zmieniła się w czwórkę. A rano na busa… i do Warszawy:)

Kamila produkcja dokumentująca naszą wyprawę :)

 

Podziękowania dla www.fast-foot.pl za profesjonalną pomoc w doborze obuwia
oraz dla Gabinetu Fizjoterapii i Biorezonansu za fachowe otejpowanie moich biednych achillesów.

Orlen Warsaw Marathon – mój maratoński debiut

Bezapelacyjnie najważniejszy dzień w mojej dotychczasowej zabawie z bieganiem. Na ten dzień przygotowywałem się sumiennie przez całą zimę. By wytrwać w zimowych treningach opłatę za ten start uiściłem już jesienią. W ten sposób wiedziałem, że nie mam wyjścia i muszę trenować. Czułem, że przygotowywałem się sumiennie, więc nie miałem nadmiernego stresu. Jedyny niepokój jaki we mnie się tlił to standardowa trema przed debiutem. Założenia w momencie rozpoczęcia przygotowań były takie by po prostu dobiec do mety. Ten plan szybko jednak został wyparty przez moją ambicję i już zimą w mojej głowie zakiełkowała myśl, że jeżeli nie będę w stanie złamać bariery 4 godzin to nie startuję. To był więc mój cel… cel prawie do samego startu. Na kilka dni przed imprezą w jednym z wątków na grupie „Biegam na Tarchominie” wymienialiśmy się planami, taktykami i pomysłami związanymi z OWM. Napisałem tam, że moim celem jest złamanie sławetnych czterech godzin. Wtedy to moje cele zaczęły ulegać kolejnym zmianom. Kamil – kolega z grupy biegowej, wsiadł mi na ambicję i stwierdził, że spokojnie powinienem łamać trzy i pół godziny. Wydawało mi się to irracjonalne i wielce życzeniowe założenie. Z drugiej jednak strony przeliczyłem sobie tempo jakie musiałbym utrzymywać by złamać 4 godziny (tempo 5:41 min/km) i mając w pamięci niedawny półmaraton, w którym tempo średnie wyszło mi 4:26 min/km, pomyślałem, że te 4 godziny to taki plan minimum. Wtedy to sprawdziłem na jakie czasy będą prowadzić ten beg pacemaker’zy. Okazało się, że czasy jakie mają obstawione są co 15 minut. Czyli uznając, że pierwotny plan był zbyt mało wyśrubowany postanowiłem pobiec za „zającem” na trzy godziny i czterdzieści pięć minut. To był mój plan na parę dni przed startem.

Start zbliżał się nieubłaganie… dzieliła mnie od niego już tylko jedna noc. Wszystko było już naszykowane, zaplanowane co będę jadł na śniadanie, kiedy trzeba wyruszyć by zdążyć nie na ostatnią chwilę. Wcześniej zakupiłem dwa żele, które miałem zażyć w ściśle zaplanowanych momentach biegu. Wiedząc po jakim czasie taki żel zaczyna działać oraz ile trwa odczuwanie poprawy wydolności po jego spożyciu, zaplanowałem że jeden pomoże przetrwać mi legendarną ścianę w okolicach trzydziestego kilometra, a drugi da mi energię na samą końcówkę. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Można było śmiało kłaść się spać i wypoczywać przed wielkim dniem. Tak też uczyniłem… położyłem się, ale zamiast zasnąć zacząłem myśleć:) Wtedy to narodziła się myśl, że może i Kamil miał rację? Może te trzy i pół godziny są do zrobienia? Stało się. Postanowienie o starcie z pacemaker’em na trzy i pół godziny było faktem. Stwierdziłem, że wystartuję bardzo optymistycznie, a najwyżej jak będę czuł że to przesada to poczekam na „zająca” prowadzącego grupę o piętnaście minut wolniejszą i dokończę bieg z nimi.

10013321_724183677626826_2099074034739490615_nPo przewrocie wieczornym jaki nastał w moim planie działania obudziłem się pełen wiary w sukces. Szybkie śniadanie ( jak zwykle przed startem kanapki z miodem) i wyruszyliśmy całą ekipą pod Stadion Narodowy. Kilka osób z naszej grupy biegło maraton, ale znacznie większą ekipą obsadziliśmy bieg na dziesięć kilometrów, który towarzyszył zmaganiom maratończyków. Pod stadionem spotkaliśmy jeszcze więcej znajomych twarzy i ostatnie chwilę przed startem upływały na wymianie ostatnich uwag. Potem wszyscy rozeszli się w swoją stronę. Maratończycy poszli szukać swoich stref startowych, a uczestnicy biegu na dychę swoich. Szybko odnalazłem swoją strefę… co prawda zapisany byłem do innej, bo zapisy były dawno, i pilnująca wejścia do strefy niewiasta miała pewne obiekcje żebym do niej wszedł, ale jakoś udało mi się uporać z tym problemem:) Następnym celem poszukiwań był człowiek z balonikami, na których napisane było „3:30”. Nie mogłem go namierzyć… ale jak potem się okazało, tylko dlatego, że jeszcze go tam nie było. Przyszedł po chwili i zaraz zająłem miejsce w jego pobliżu. Moim „zającem” okazał się Adam, który biegł w fioletowej peruce i nie dało się go nie zauważyć. Po za tym, że wyglądał oryginalnie to był też oryginalny po całości. Bardzo pozytywny, wesoły człowiek. Od razu wiedziałem, że będzie się z nim bardzo dobrze biegło. Przed startem porozmawiał z nami (tymi co biegli w jego grupie), wypytał o doświadczenie i założenia. Gdy dowiedział się, że to mój debiut to stwierdził, że czy aby nie za odważnie? Od razu na taki czas? Stwierdziłem, że najwyżej nie nadążę i dobiegnę później. Plan na bieg był taki by biec równym tempem przez cały czas. Początek jak zwykle musiał być lekko wolniejszy, bo tłum nie dawał trzymać swojego tempa, ale potem (po ewentualnym nadgonieniu strat ze startu) mieliśmy trzymać tempo 4:58 min/km. Zaraz po starcie Adam powiedział nam, że mamy do zdobycia 8 baz… każda baza to pięć kilometrów. Takie podejście jest mniej męczące, gdy podzieli się bieg na etapy i po kolei je zalicza. Na wyposażeniu nasz „zając” miał gwizdek… co jakiś czas, gdy kibice wiwatowali, gwizdał i krzyczał „pozdrawiamy kibiców!” i wszyscy biliśmy brawo… było to bardzo fajne uczucie, które odwracało uwagę od monotonii biegu. Także przy każdych pięciu kilometrach było gwizdanie i okrzyk „Kolejna baza zdobyta! Brawo!”.

W takiej atmosferze nawet się nie obejrzałem, a już za nami były trzy zdobyte bazy. Do czwartej już dobiegłem bez towarzystwa wesołego pacemaker’a. Nie… nie dlatego, że nie nadążyłem. Wręcz przeciwnie. Przed dwudziestym kilometrem poczułem, że to nie moje tempo… że mógłbym biec nieco szybciej. Odłączyłem się, więc od grupy i pobiegłem samotnie do przodu. W głowie mając świadomość, żę mój „zając” to moje tempo na trzy i pół godziny. Póki mnie nie wyprzedzi na pewno złamię swój cel. Biegłem więc swoim tempem dalej i patrzyłem tylko czy aby mnie nie wyprzedza, bo wtedy musiałbym się go trzymać… na szczęście nie wyprzedzał:) Tuż przed połową dystansu, w Wilanowie, zza zakrętu wyłonił się zaskakująco stromy zbieg. Jedna szkoła mówi żeby na zbiegach nie przyspieszać, bo łatwo o kontuzje. Druga jednak, z której ja skorzystałem, mówi by rozluźnić mięśnie, opuścić ręce i wcale na siłę nie hamować tylko biec tak jak ciało nakazuje (oczywiście w granicach rozsądku). W ten sposób na krótkim odcinku wyprzedziłem ładnych kilkadziesiąt osób. Minąłem już połowę dystansu, i jak do tej pory, biegło mi się bardzo dobrze. Półmetek osiągnąłem w czasie około 1:43:36, więc miałem około trzech minut zapasu w stosunku do planu.

Nieubłaganie zbliżał się trzydziesty kilometr i sławetna ściana. Byłem bardzo ciekaw co stanie się gdy licznik przeskoczy na trójkę z przodu. Zgodnie z moim harmonogramem nastała pora na wciągnięcie pierwszego żelu… dokładnie teraz, tak by zaczął działać około trzydziestego kilometra. Przez cały bieg, regularnie co 5 km, piłem wodę i schładzałem głowę. Nastał kilometr nr. 30, potem 31, 32 itd. Zgodnie z moimi przewidywaniami nic się nadzwyczajnego nie wydarzyło. Tak jak przypuszczałem ściana to mit. nic takiego nie ma i nie można sobie jej wmawiać, bo sami w nią wierząc podświadomie na danym kilometrze zaczynamy dostrzegać problemy, których tak naprawdę nie ma. Od około trzydziestego piątego kilometra zacząłem odczuwać, że nogi robią się trochę ciężkie, ale na pewno nie była to ściana… po prostu biegło mi się trochę trudniej niż dotychczas. Tempo i tak trzymało się nadspodziewanie równo. W okolicach trzydziestego ósmego kilometra był trudny moment dla psychiki. Widać było na wyciągnięcie ręki Stadion Narodowy, który był na wprost, tuż za Wisłą. Tak blisko, a to jeszcze cztery kilometry. Wtedy to właśnie spożytkowałem drugi żel, który miał zacząć działać po około dwóch kilometrach. Gdy przekraczałem most na Wiśle wiedziałem, że na pewno uda mi się złamać moją barierę… złamię te, jakże irracjonalne jeszcze do niedawna, trzy i pół godziny. Na moście był czterdziesty kilometr… był tam też wielki zegar, który pokazywał czas brutto, a na nim, w momencie gdy go mijałem, ukazały się cyfry 3:15:53. Wiedziałem, że po pierwsze zostały mi już dwa ostatnie kilometry z małym hakiem… a po drugie, że to czas brutto, więc na pewno mój czas jest nieco lepszy. Czternaście minut na pokonanie ostatniego fragmentu… to nie mogło się nie udać. Na sam koniec wykrzesałem z siebie jeszcze na tyle sił, że ostatnie kilkaset metrów przebiegłem w tempie około 4:00 min/km. Tuż przed metą zauważyłem dopingujących mnie członków naszej grupy biegowej, a także należącą również do grupy moją Ewę. Trzymali transparent z napisem „Mejdej! Dasz radę!”. No i dałem:) Wbiegając na metę widziałem, że zegar pokazywał czas brutto 3:25:52. Byłem mega szczęśliwy i nie czułem nawet wielkiego wyczerpania. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że bardziej wyczerpał mnie półmaraton niż ten bieg. Na półmaratonie nie byłem w stanie przyspieszyć na końcówce. Ostatecznie czas netto jaki udało mi się osiągnąć to 3:24:35 (tempo 4:50 min/km). Nawet nie marzyłem o takim debiucie. Biegło mi się bardzo dobrze, bez ścian i bez bólu. Często się słyszy, że maraton to walka z bólem, cierpienie i walka ze sobą i swoimi słabościami. Ja nic takiego nie miałem… Nie czułem bólu i nie miałem chwil zwątpienia. Nie wiem… może po prostu ta maksyma tyczy się tych co biegną na czasy dużo lepsze od mojego? Może trzeba się zbliżać do granic ludzkich możliwości by tego doświadczać… Dla mnie to był zwykły bieg tylko trochę dłuższy. Debiut był wyśmienity, ale teraz z czasem dotarło do mnie, że sam nim stworzyłem sobie problem. Teraz wypadałoby ten wynik poprawić w kolejnym starcie… a to już nie będzie takie proste. Będę musiał trzymać się pacemaker’a na 3:15… a to tempo 4:37 min/km. Jak na obecną chwilę wydaję mi się irracjonalne (ale już kiedyś coś też mi się takie wydawało) :) W tym starcie mogłem jeszcze urwać kilkadziesiąt sekund gdybym od startu nie biegł z grupą na 3:30. Trzymając od początku swoje tempo pewnie czas byłby nieco lepszy. Z drugiej jednak strony nie wiem czy starczyłoby wtedy sił n cały dystans. Nie ma co gdybać… trzeba trenować i następnym razem to po prostu sprawdzić. Tak samo nie wiem czy żele mi coś dały czy to tylko placebo. Wziąłem dwa… do mety dobiegłem w dobrym zdrowiu. Nie wiem jednak czy to dzięki nim czy może bez nich byłoby tak samo.

10265349_724181470960380_5149978088043023243_o

10250214_724181310960396_2486864015635601195_n

Meta, medal, picie… wszystko było pięknie, bez odczucia zmęczenia. Byłem sam bardzo zdziwiony, że jest tak dobrze. Potem zrobiłem podstawowy błąd żółtodzioba. Poszedłem na trawę i sobie usiadłem. Sporo czasu czekałem na resztę brygady. Zdzwoniliśmy się i przyszli z gratulacjami. Wtedy spróbowałem wstać… to był moment gdy odczułem trudy biegu. Nie byłem w stanie zgiąć nogi. Delikatne ugięcie kolana i natychmiastowy skurcz. Dobrze, że był Kamil, który zrobił mi masaż mięśni i zdecydowanie się poprawiło. Nie na tyle bym wstał samodzielnie, ale przy jego pomocy, na prostych nogach dałem radę się poruszać. uratował mi życie:) A co do Kamila… Kamil to mój wujek, który jest ode mnie trzy lata młodszy (wiem, że to dziwne, ale to babcia tak z tym wszystkim nawywijała, że tak wyszło:) ). Kamil, jak twierdzi, zaczął biegać dzięki mnie… dzięki temu że przypadkiem natrafił w sieci na mój blog i to go przekonało. Jest mi z tego powodu bardzo miło… tym bardziej miło, że gdy ja debiutowałem w maratonie to on debiutował i zdobył swój pierwszy biegowy medal… ukończył bieg na dychę. Tego dnia miał miejsce jeszcze jeden ważny debiut. Moja Ewa także zaliczyła swój pierwszy start i ukończyła dziesięć kilometrów niemalże łamiąc godzinę… zabrakło jedynie dwudziestu siedmiu sekund. Następnym razem na pewno sześćdziesiąt minut pęknie. Napiszę to tutaj to nie będzie odwołania… w przyszłym roku zaliczamy z Kamilem Bieg Rzeźnika. Trzymajcie kciuki żeby nam się to udało, bo to dla nas obu będzie największe jak do tej pory wyzwanie.

9. PZU Półmaraton Warszawski

9_pzu_medalNadszedł dzień pierwszego poważnego sprawdzianu. Co prawda główny egzamin będzie dopiero za 2 tygodnie to Półmaraton Warszawski jest jak dotychczas najważniejszym biegiem w mojej krótkiej, biegowej historii. Wstępne założenia przy zapisie na ten bieg były takie, że będzie to luźny bieg,  który będzie końcowym etapem przygotowań do Orlen Warsaw Marathon. Jednak z czasem aspiracje rosły i pojawiały się plany… plany minimum i plany życzeniowe. Po styczniowym Biegu Chomiczówki pojawiły się przebłyski planu by spróbować łamać godzinę i 35 minut. W biegu Chomiczówki, który liczył 15 km udało mi się utrzymać średnie temppo 4:30 min/km. Warunki atmosferyczny podczas tego startu były, porównując z innymi biegami w jakich miałem przyjemność brać udział, ekstremalne. Mróz, wiatr, śnieg…. biegło się naprawdę ciężko. Po poradzeniu sobie w takich warunkach pomyślałem, że w końcu półmaraton to tylko 6 km więcej niż Chomiczówka. Skoro tam dałem radę pobiec w tempie 4:30 min/km to czemu nie zrobić tego podczas marcowego startu. Moja dotychczasowa życiówka na dystansie półmaratonu wynosiła wówczas godzinę i 41 minut z małym okładem. Tak narodził się plan minimum by poprawić życiówkę łamiąc godzinę i 4o minut oraz plan optimum, który zakładał pokonanie całego dystansu w średnim tempie 4:30 min/km co daje czas godzina i 35 minut. W przeddzień startu przygotowałem sobie dwie opaski z międzyczasami na obydwa z moich planów. W tym momencie zakładałem jeszcze, że będę biegł sam.

9_pzu_grupaDzień startu… pod stadion dotarliśmy autobusem sporą grupą wraz z wesołą brygadą biegaczy z „Biegam na Tarchominie„. Pierwsza dobra wiadomość tego dnia była taka, że pogoda dopisała. Piękne słońce i zapowiadał się ciepły dzień. Jak się potem okazało było nawet trochę nazbyt ciepło… ale lepsze to niżby miało padać. Po pogaduchach w miejscu zbiórki, które było pod stadionem rozeszliśmy się do swoich stref startowych. Ja zostałem przydzielony do strefy żółtej. Idąc w okolice tabliczek z czasem jaki mnie interesował (1:35 – 1:40) zauważyłem baloniki z napisem 1:35. Był to pacemaker prowadzący właśnie na ten czas. Zakładałem samotny bieg, ale wtedy naszła mnie myśl, że… kurcze… czemu ma lecieć sam skoro za kimś na pewno będzie łatwiej. Odejdzie problem pilnowania tempa i jedyne co będę musiał robić to pilnować się balonów. Ustawiłem się więc za jednym z zajęcy, który prowadził na oczekiwany przez mnie czas (było ich dwóch… drugi kilkadziesiąt metrów dalej z przodu). Jako, że mój plan minimum to 1:40, a optimum 1:35 to biegłem na 1:35. Uznałem, że jak z czasem opadnę z sił to wtedy będę starał się utrzymać tempo takie by zrealizować chociaż to minimum.

Ruszyliśmy… zakładane tempo by osiągnąć cel wynosiło 4:30 min/km. Początek biegło się bardzo dobrze, a tempo było nawet wyższe od zakładanego bo na przestrzeni pierwszych dziewięciu kilometrów wahało się od 4:21 do 4:15 min/km. Zapas był przydatny, bo na 16 km czekał nas podbieg pod Agrykolę, który był najtrudniejszym etapem trasy. Pokonaliśmy już niemalże połowę dystansu i wtedy stało się coś co wprawiło nas w osupienie. Nasz pacemaker uciekł nam do… Toi Toi’a:) Komiczna sytuacja wprawiła nas w lekką konsternacje:) Na szczęście na horyzoncie było widać drugiego zająca prowadzącego na ten sam czas. Nie pozostało nic innego jak dogonić go i biec dalej z nim. Tak więc rozpocząłem pościg, który zakończył się oczywiście sukcesem. W międzyczasie dostrzegłem kibicującą na trasie Olę (http://poranamajora.blogspot.com), która od dawna jest moim biegowym guru. Prawda jest taka, że to chyba właśnie jej zawdzięczam to że w ogóle biegam. Widząc jak zaczynała, jak robiła postępy i co osiągnęła złapałem biegowego bakcyla. Dzięki Ola… nie tylko za doping na trasie, ale za zarażenie mnie pasją biegania. Dogniwszy nowego przewodnika doświadczyłem lekkiego kryzysu. Był to chyba 12 km. Pomyślałem sobie… „Boże… to dopiero ledwo połowa…”. Na szczęście moje przemyślenia nie wpłynęły na tempo i biegłem dalej zgodnie z założonym planem. Na dotychczasowych punktach odżywczych korzystałem jedynie z wody. Inaczej zrobiłem tuż przed podbiegiem na Agrykolę. Tam prócz wody pochwyciłem też banana. To był błąd… ogólnie podbieg nie był taki straszny jak zakładałem. Wbiegłem na niego całkowicie na luzie, a obecność pacemaker’a mnie nawet hamowała. Bez niego chyba pokonałbym go jeszcze szybciej. Na samej górze jak już skończyłem podbieg dopadła mnie kolka. Jestem przekonany, że to przez tego banana. Dosłownie wyszedł mi bokiem:) Na podbiegu straciłem 30 sekund w porównaniu ze średdnią, więc nie ma tragedii. kilometr po podbiegu też był nieco wolniejszy od średniej, ale potem wszystko wróciło do normy. Kolejnym lekko załamującym momentem był most Poniatowskiego. Stadion, gdzie była mta, był na wyciągnięcie ręki… a tu nagle mijam tabliczkę „19 km”!?!?! To było lekko podłamujące:) Po pokonaniu mostu i zbiegnięciu na dół postanowiłem nie trzymać się dłużej balonów i spróbować urwać parę sekund. Wyprzedziłem pacemaker’a i do mety pognałem już w samotności. Ostatnie metry dłużyły się, bo było sporo kręcenia. 700 metrów przed metą (ja tego nie widziałem, ale inni biegacze opowiadali) była tablica „Boli? Musi boleć!”. Cała prawda:) Na ostatniej prostej do mocniejszego finiszu zmotywował mnie zegar na którym czas przekroczył już 1:35. Wiedziałem, że jest to czas brutto, ale wiecie jak to jest… nigdy nie wie się ile ma się tego zapasu do swojego netto:)

Po biegu okazało się, że nie dość że złamałem 1:35 to zrobiłem to o ponad minutę. Oficjalny czas netto to 1:33:49. Pełnia szczęścia… jedyny stres to stan stóp. Dość mocno odczuły trudy biegu i teraz modlę się, żeby wydobrzały do Orlenu, bo będzie źle. Teraz dwa spokojne tygodnie i kolejny wielki test… obym na mecie był tak samo zadowolony jak po tym półmaratonie. Jakie założenia na maraton? Wstępne były takie by złamać 4 godziny. Teraz jednak apetyt urósł i plan jest taki by trzymać się pacemaker’a na 3:30 ile się da, a potem walczyć o jak najmniejszą stratę do tego czasu. Będę bardzo zadowolony jeśli złamie 3:40.

Zapraszam do pokaźnej galerii z tego biegu autorstwa Ewy Kiec. Jest na tyle pokaźna, że została podzielona na trzy galerie:

Przed biegiem:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.717497308295463.1073741835.100001056022973&type=3
W trakcie:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.717897731588754.1073741837.100001056022973&type=3
Po biegu:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.717887071589820.1073741836.100001056022973&type=3

Wieliszewski Crossing 2014 – zima

Do tej pory Wieliszewskie bieganie kojarzyło mi się wyłącznie z cyklicznymi, otwartymi treningami, które organizowane były w gminie w każdą niedzielę. Miałem okazję uczestniczyć w dwóch z nich i wspominam je bardzo dobrze. Dlatego gdy dowiedziałem się o cyklu biegowym „Wieliszewski Crossing” nie mogłem w nim nie pobiec. Cykl składa się z czterech imprez. Po jednej na każdą porę roku, a na pierwszy ogień poszła zima.


wieliszewski_crossing_zima_MG_1617

Na bieg zapisało się wiele osób z mojej grupy biegowej „Biegam na Tarchominie”, a także z zaprzyjaźnionej grupy „Zabiegani po uszy”. Pogoda tego dnia dawała się mocno we znaki, bo było kilkanaście stopni mrozu, a dodatkowe powiewy wiatru potęgowały odczucie zimna. Przy takiej temperaturze pruszący śnieg był już najmniejszym problemem. Po dotarciu do szkoły w Komornicy, która była punktem zbiorczym całego przedsięwzięcia, udaliśmy się do biura zawodów by odebrać pakiety startowe. Po drodze pierwsze co rzucało się w oczy to duże ognisko, które przygotowali strażacy. Idealny pomysł na zapewnienie ciepła zmarzniętym uczestnikom i kibicom. Jak się później okazało nie była to jego jedyna funkcja… główną atrakcją imprezy było pieczenie kiełbasy. Przy ognisku przygotowane były kije, a po biegu dostępny był też spory zapas tego przysmaku, który można było własnoręcznie upiec. Był to rewelacyjny pomysł, który na pewno był ogromnym plusem całej imprezy. Trzeba dodać, że start w biegu był darmowy co tym bardziej zasługuję na słowa uznania, bo organizacja była naprawdę dobra. Jedyna wpadka jaka przytrafiła się organizatorom to błędnie podana długość trasy. Przed zawodami podawane było, że trasa wynosi 6.5 km. Na karcie z oficjalnymi wynikami podano, że ta długość wynosiła 7 km… a według pomiarów GPSowych w czasie biegu wyszło około 7.5 km. To drobne niedopatrzenie nie może jednak zaburzyć ogólnego odczucia, że impreza zorganizowana była bardzo profesjonalnie. Był elektroniczny pomiar czasu za pomocą chipów, trasa była dobrze oznaczona, na trasie był punkt z gorącą herbatą no i były wyżej wspominane kiełbaski z ogniska. Przed startem na szkolnej stołówce, gdzie można było się trochę rozgrzać, było ciasto oraz herbata. Po biegu natomiast każdy uczestnik otrzymał pamiątkowy medal, a zwycięzcy wielu kategorii otrzymywali pamiątkowe puchary. Jak widać można zorganizować świetną imprezę i to bez wpisowego. Wielkie gratulacje dla gminy Wieliszew oraz głównego organizatora całego tego zamieszania wójta Pawła Kownackiego. Oby kolejne edycje były równie udane.

wieliszewski_crossing_zima_MG_1815Trasa biegu prowadziła leśnymi ścieżkami. Opady śniegu sprawiły, że było grząsko i „głęboko”:) Fragmentami, zwłaszcza na początku, było bardzo ślisko. Na szczęście wymieniłem swoje standardowe buty biegowe na kolce. Co prawda nie były idealne do tych warunków, bo były to kolce sprinterskie, ale na oblodzonej nawierzchni spisywały się idealnie. Dzięki nim tuż za startem zyskałem sporą przewagę „techniczną” nad zawodnikami w standardowym obuwiu. Po pokonaniu pierwszego oblodzonego fragmentu trasy, który znajdował się jeszcze na terenie szkoły, wbiegliśmy w las, gdzie trasa była bardzo wąska i biegło się praktycznie gęsiego. Jedyna szansa wyprzedzania była bokiem po głębokim niemalże do połowy łydki śniegu. Wiedziałem, że jak zostanę w miejscu, w którym jestem to czoło wyścigu mi odjedzie. Nie było na co czekać… ruszyłem więc po tym głębokim śniegu do przodu. Wyprzedziłem w ten sposób sporą grupę biegaczy. W końcu sił zaczynało brakować więc wróciłem na ścieżkę by odetchnąć. Nie miałem pojęcia jaką lokatę w tej chwili zajmuję. Manewr wyprzedzania kosztował mnie naprawdę sporo sił i przeżywałem po nim trudne chwile, ale na szczęście kryzys minął i potem biegło się całkiem dobrze. Mniej więcej na drugim kilometrze dogoniłem zawodnika miejscowej ekipy „Heron Wieliszew”. Był to Marek, za którym biegło mi się bardzo dobrze. Trasa była bardzo ciężka przez zalegający śnieg, więc sił ubywało z każdym krokiem… dobrze było mieć się kogo „trzymać”. Ostatni etap trasy prowadził wałem, na którym ścieżka była bardzo wąska i biegło się ciężko. Gdy Endomondo powiedziało mi, że minęliśmy już szósty kilometr, a na horyzoncie mety nie było widać stwierdziłem, że miejscowy zawodnik będzie pewnie wiedział coś więcej. Zapytałem, więc biegnącego przede mną Marka czy daleko jeszcze (w duszy wiedząc, że odpowie że już pół kilometra i meta), ale prawda była inna… „jeszcze z półtora kilometra”… wtedy to właśnie dowiedziałem się, że trasa jest o kilometr dłuższa niż miała być. Ja już ledwo co miałem siły na pokonanie ostatnich pięciuset metrów, a tu do pokonania trzy razy tyle. Na szczęście udało się dobiec do stadionu, na którym było do zrobienia jeszcze kółko i meta. Na stadionie wciąż biegłem za Markiem. Obejrzałem się i zobaczyłem, że goni nas inny zawodnik miejscowego „Heronu”. Nie wiem skąd, ale wynalazłem siły na mocny finisz. Krzyknąłem tylko do Marka „Dawaj, bo ktoś nas goni!” i poleciałem do przodu tempem około 3 min/km. Był to około dwustumetrowy finisz, który dał mi ostatecznie 17 lokatę na 106 zawodników, którzy ukończyli zawody. Czas jaki uzyskałem to równe 36 minut. Jak na warunki panujące na trasie to jestem bardzo zadowolony, bo średnie tempo wyszło mi 4:45 min/km.

Po biegu oczywiście medal, własnoręcznie upieczone kiełbaski na ognisku oraz ceremonia wręczenia nagród zwycięzcom. Podsumowując impreza była bardzo udana, świetnie zorganizowana i na pewno z chęcią pojawi się na kolejnych imprezach organizowanych w Wieliszewie.

Zapraszam na Facebook do galerii z tego biegu

Bieg o puchar Bielan i Bieg Chomiczówki

1490582_526216580809183_992070014_o

Ten dzień zapowiadał się wyczerpująco już na długo przed jego nadejściem. Dwa biegi pod rząd… wcześniej czegoś takiego nie robiłem. W planach był Bieg o puchar Bielan, którego dystans to 5 km, o godzinie 10.00, a następnie piętnastokilometrowy Bieg Chomiczówki o godzinie 11.00. Mało tego to rano okazało się, że pogoda daje się nieźle we znaki. Opady śniegu, wiatr i temperatura na poziomie -8 stopni Celsjusza. Zapowiadało się nieźle. Na biegach była, jak zwykle, duża grupa zawodników „Biegam na Tarchominie„. Niektórzy biegli tylko pierwszy bieg, inni tyko drugi, a część oba.

Mój plan był taki by spokojnie pobiec pierwszy bieg, a potem w drugim, na który miały być zaoszczędzone siły po pierwszym, pobiec na tyle na ile starczy mocy. Przed startem nie można było stać w miejscu, bo mróz dawał się we znaki. Na szczęście tuż przed startem zebraliśmy się na grupowe zdjęcie, co skutecznie odwróciło uwagę od zimna. Potem udaliśmy się na linie startu i wreszcie zaczął się bieg. Nie biegliśmy długo w naszej grupie, bo tłum był spory i szybko się pogubiliśmy. Zgodnie z założeniami starałem się biec tak by zachować siły na kolejny start. Początek biegu dał się we znaki głównie moim dłoniom. Mimo rękawiczek strasznie marzły mi palce. Na szczęście po około dwóch kilometrach rozgrzałem się na tyle, że dolegliwość ustąpiła i biegło się już bardzo fajnie. Przez cały bieg utrzymywałem w miarę równe tempo (średnie wyszło 4:13 min/km). Mimo całkiem niezłego tempa udało mi się przebiec cały dystans z dużą rezerwą sił, a na finiszu udało się nawet trochę przyspieszyć. Plan został zrealizowany. Siły zachowane, a dodatkowo wynik był nawet lepszy niż zakładałem. Czas 21:09 i lokata 117 na 809 startujących. To był mój pierwszy oficjalny bieg na 5 km. Po biegu odebrałem medal, potem dostałem foliową płachtę by za bardzo się nie wyziębić i miałem prawie 40 minut oczekiwania na drugi start. W międzyczasie obserwowałem finisz koleżanek i kolegów z grupy. Gdy już wszyscy zjawili się na mecie, przemieściliśmy się w osłonięte od wiatru miejsce i wspólnie oczekiwaliśmy na start drugiego biegu.

Tuż przed 11.00 stawiliśmy się na starcie drugiego biegu. Jego trasa była identyczna jak tego pierwszego, z tą różnicą, że tutaj są trzy kółka, a w poprzednim było tylko jedno. Moje założenia byłytaki by tutaj już się nie oszczędzać, ale z drugiej strony nie przesadzić na starcie, by zachować siły na cały dystans. Nigdy nie biegłem dystansu 15 km i nie miałem doświadczenia w rozkładaniu na nim tempa. Głównym minusem tego biegu było to, że były to pętle. Zdecydowanie wolę biegać na niepowtarzalnej trasie niż kręcić kilka jednakowych kółek. Na trase jednak wpływu nie miałem, więc trzeba było biec po tym co było. Na szczęście trasa, mimo pogody, przygotowana była bardzo dobrze. Nie było w ogóle ślisko, a tego się obawiałem.

Od samego początku biegło mi się bardzo dobrze. Tempo jakie narzuciłem na starcie, które oscylowało w okolicach 4:30 min/km, udawało mi się utrzymywać. Wiedząc jakim tempem biegnę miałem obawy czy aby nie przesadzam i czy uda mi się dotrzymać je do końca. Im dalej biegłem tym lepiej się czułem. Co mnie bardzo zdziwiło utrzymywałem, chyba bo nie mam czujnika tętna, bardzo dobry poziom rytmu serca. Utrzymując swoje tempo praktycznie przez cały dystans co jakiś czas kogoś wyprzedzałem i bardzo mnie dziwiło, że w porównaniu z innymi biegaczami, którzy dość mocno łapali powietrze, ja miałem bardzo spokojny oddech. Pod tym względem to był dla mnie bardzo dobry bieg. Kompletnie nie miałem zadyszki i można powiedzieć, że czułem się jakbym biegł tempem konwersacyjnym (a tempo 4:30 km/min raczej nigdy w moim wykonaniu takim nie było).  Zaczynając bieg zakładałem sobie, że fajnie byłoby pokonać go w czasie 1:15:00… W trakcie biegu, widząc jakie utrzymuję tempo zacząłem czuć presję, że może udać się zejść poniżej 1:10:00. Taki postawiłem sobie cel w czasie biegu. No i udało się. Mało tego… gdy wpadłem na metę poczułem złość, że nie dałem z siebie wszystkiego. Zazwyczaj na mecie nie jestem w stanie zafiniszować. Tym razem ostatnią prostą pokonałem niemalże jak pierwsze metry na sztafecie w Arkadii. To był po prostu sprint. Tym przyspieszeniem na pewno urwałem kilka sekund z wyniku, ale wiedziałem, że gdybym pobiegał tak, by nie być w stanie tak zafiniszować to pewnie urwałbym tym nie kilka sekund, ale być może nawet kilka minut. Wpadając na metę widziałem zegar, który pokazywał czas 1:08:06. Wiedziałem, że, jest to czas brutto, więc z wielkim napięciem czekałem na sms z wynikiem. W końcu przyszedł – 1:07:40. Czas jakiego nawet nie zakładałem przed startem. Nie sądziłem, że jestem w stanie takie tempo utrzymać przez całe 15 km. Czas świetny, ale jednak jest niedosyt. Czuję, że mógłby być trochę lepszy. Nie ma co jednak płakać nad rozlanym mlekiem. Był to pierwszy start na tym dystansie, więc uznaje że był udany. Lokata 295 z 1263, którzy ukończyli bieg wstydu nie przynosi:) Ten bieg dał mi jeszcze jedno przekonanie. Jestem pewien, że jestem w stanie przebiec półmaraton w czasie 1:35:00. Co przy mojej obecnej, nieoficjalnej życiówce 1:41:00 jest niezłym postępem.

Teraz pora zapomnieć już o tym biegu i zacząć z przerażeniem myśleć o kolejnym weekendzie. Pogoda zapowiada się dramatyczna pod względem mrozu, a czeka mnie kolejna Falenica, a w niedziele bieg w Wieliszewie. Będzie mroźno, ale ekipa BNT na pewno da radę… nie mam żadnych wątpliwości:)

Zapraszam na Facebook do galerii z tych biegów

Falenica – podejście drugie

_MG_0503Kolejny start w Falenicy. Po pierwszym podejściu, które okazało się srogą lekcją pokory, miałem niezłego stresa przed tym biegiem. Powiedziałem sobie jednak, że tym razem choćby na czworaka, ale do mety dotrę. Mimo stresu i respektu przed startem, zapisałem się tak jak poprzednim razem na 3 kółka i to te szybkie czyli na czas poniżej 48 minut. Od samego zapisu nie sądziłem, że może mi się udać osiągnąć taki czas, ale wiedziałem, że łatwiej będzie się biegło mając kogo gonić. W najśmielszych marzeniach chciałem złamać 50 minut. To był cel, który i tak wydawało mi się mocno abstrakcyjny po ostatnich falenickich doświadczeniach.

Na miejscu okazało się, że z naszej grupy „Biegam na Tarchominie” było jeszcze kilka osób. Prócz Kuby, który z zapałem zapisuję się ciągle na jedno kółko i próbuje złamać 14 minut, reszta biegła pełne 3 koła. Pogoda na szczęścia okazała się łaskawa i nie wiało tak jak dzień wcześniej, bo przy takich podmuchach biegłoby się bardzo ciężko. Było dość chłodno, ale to dobrze, bo w czasie biegu ta temperatura okazała się idealna. Moje założenia biegowe były odmienne niż kolegów. Kuba jak już wspomniałem miał łamać 14 minut na jednym kółku, Kamil startujący ze mną w strefie poprawić falenicką życiówkę, pozostali też mieli chrapkę na poprawienie swoich czasów, a ja? Ja też chciałem się poprawić w stosunku do poprzedniego startu… chciałem ukończyć pełne 3 kółka. Tuż przed startem Kamil powiedział mi żebym nie wystartował za ostro… wziąłem sobie to do serca i ruszyłem spokojnie bez szaleńczego wyprzedzania każdego kogo widzę. Niestety ta taktyka miała jeden minus… wpakowałem się w lekki tłum. Na szczęście udało mi się z niego uciec na zbiegu. Postanowiłem nadrobić trochę czasu i na pełnej prędkości pobiegłem bokiem trasy, między drzewami. W ten sposób wyprzedziłem sporo osób i uwolniłem się ze ścisku. Potem szło wszystko bardzo podobnie jak podczas pierwszej falenickiej eskapady. Do góry ciężko, a potem lekko w dół. Cały dystans biegłem z przekonaniem, że mam słabe tempo, bo nie przyspieszałem znacznie na zbiegach tylko zbiegałem bardzo delikatnie by mieć więcej czasu na regenerację przed kolejnym podbiegiem. taktyka ta okazała się chyba niezła, bo nie czułem ani razu całkowitego braku energii. Pierwsze kółko zleciało bardzo przyjemnie, potem drugie nie było gorsze i choć czułem po nim dość mocno trudy biegu to nie zamierzałem popełnić tego błędu co poprzednio. Motywowany przez, stojącego koło mety, Kubę i pamiętający słowa Kamila, który poprzednim razem, dziwiąc się, że odpuściłem, mówił że ostatnie kółko jest najłatwiejsze i powinienem biec dalej… pobiegłem. Okazało się, że Kamil miał rację… ostatnie kółko szło nadzwyczaj lekko. Może dlatego że uczepiłem się jednego biegacza, który miał idealne dla mnie tempo i biegłem za nim. Czasami go wyprzedzałem, potem on mnie i tak wspólnie zbliżaliśmy się do mety.

Na mecie, gdy zatrzymałem Endomondo nie dowierzałem. Okazało się, że stoper zatrzymał się na czasie 47:20 (oficjalnie zmierzony czas wynosił 47:23). Nie dość, że udało mi się ukończyć całe 3 kółka to jeszcze zmieściłem się w czasie, na który się zapisałem. Przyznam, że duma mnie rozpierała i do tej pory rozpiera. Ogólnie dla naszej grupy zawody były udane, bo z tego co wiem to Kamil poprawił swój wynik, inni chyba też. Kuba pobiegł trochę wolniej niż ostatnim razem, ale zajął bardzo wysokie siódme miejsce z czasem 14:09. Teraz już z niecierpliwością czekam na kolejne falenickie biegi, które planowane są na 25 stycznia 2014.

Zapraszam do galerii z wydarzenia zamieszczonej na Facebook’u

10k Parking Relay czyli sztafeta na parkingu CH Arkadia

Parking CH Arkadia stał się areną rozgrywanej po raz pierwszy sztafety „10k Parking Relay”. Był to bieg na dystansie 5 x 2 km, w którym wystartowało 91 zespołów. Ze względu na dużą liczbę zgłoszonych sztafet start został rozłożony na dwie raty. Pierwsza tura wystartowała o godzinie 11.00, a druga zaraz po niej o godzinie 12.00. My jako „Biegam na Tarchominie” zgłosiliśmy do startu aż trzy sztafety. Jedną teoretycznie najszybszą (BNT I), która trafiła do tury drugiej oraz dwie sztafety (BNT II i BNT III), które startowały o godzinie 11.00. Ja załapałem się do elitarnej:) sztafety „BNT I”.

Nie biegając nigdy wcześniej w sztafecie, a także nie ścigając się na tak krótkim dystansie miałem pewne obawy jak mi ten start pójdzie. O ile sztafeta nie była wielkim problemem, bo jedyne utrudnienie to przekazanie pałeczki, a z tym raczej nie powinno być problemów to krótki dystans już mógł być. Nie miałem pojęcia jak rozłożyć siły i czy w ogóle je rozkładać. Chciałem dać z siebie wszystko, tak by na mecie nie mówić „a mogłem pobiec szybciej”, ale z drugiej strony nie chciałem doczłapywać się do mety w żałosnym tempie.

Po przyjeździe do Arkadii okazało się, że jeden zawodnik z „BNT II” nie dotarł i potrzebne zastępstwo. W ten oto sposób zostałem wpisany do dwóch sztafet i zaliczyłem dwa biegi w odstępie trochę ponad godzinę. Najpierw o godzinie 11.00 pobiegłem w teoretycznie wolniejszej sztafecie „BNT II”, w której biegłem na drugiej zmianie, a o 12.00 miałem bieg w „BNT I”, gdzie założenie było takie, że musimy zejść poniżej 40 minut. Jak potem się okazało było to dość niewygórowane zadanie:)

Przed pierwszym biegiem dostałem przykaz, że mam się nie przemęczać, bo priorytet to start o godzinie 12.00. Tak też zakładałem, ale jednak wyszło trochę inaczej. Jak tylko przejąłem pałeczkę od Natalii pognałem ostrym tempem do przodu i jak zwykle przesadziłem. Już w połowie pierwszej rundy zorientowałem się, że takiego tempa nie da się utrzymać i zwolniłem. pierwsze kółko pokonałem z rewelacyjnym jak dla mnie czasem 3:32 (zakładałem, żeby oba kółka pokonać około 4:00). Drugie jak można było się spodziewać nie było już tak efektowne, ale i tak nadspodziewanie dobre, bo zamknąłem je w czasie 4:06 co dało łączny czas dwóch kilometrów 7:38. Byłem mega zadowolony, ale kosztowało mnie to sporo sił i bałem się czy zdążę się zregenerować przed drugim startem.

W drugim biegu, bym miał więcej czasu na regenerację, zostałem ustawiony na czwartej zmianie. Ekipa była bardzo mocna i absolutnie nie chciałem popsuć czasu. Pierwszy ruszył Kamil, który rozpoczął mocnym uderzeniem, bo zrobił czas 7:20. Potem dwa kolejne szybkie biegi (oba poniżej 8 minut) w wykonaniu dwóch Marcinów i przyszła kolej na mnie. Czułem już się całkiem dobrze i wydawało mi się, że jestem wystarczająco zregenerowany. Przejąłem pałeczkę od Marcina i wystartowałem znów bardzo mocno. Jak się za chwilę okazało ponownie za mocno i już przed końcem pierwszego kółka czułem, że mam zero energii. Było to jednak świetne okrążenie, bo udało mi się poprawić czas z pierwszego biegu i wykręcić najszybszy czas jednego kółka z nas wszystkich 3:28. Niestety była za ładnie, bo drugie kółko było prawdziwą walką o dotrwanie do końca. W połowie miałem już ciemno przed oczami i byłem przekonany, że zaraz padnę. Na szczęście dobrnąłem jakoś do mety i wykręciłem czas lepszy niż w pierwszym biegu, bo 3:57 co łącznie dało mi świetny czas 7:25. Po biegu byłem tak wyczerpany, że musiałem posiedzieć chwilę pod filarem by dość do siebie. Na ostatnią zmianę ruszył Kuba, który jeszcze bardziej podkręcił tempo i pokonał dwa kółka w czasie 7:21. Dzięki temu zakończyliśmy bieg z łącznym czasem 37:40 i zajęliśmy 24 miejsce pośród 91 startujących ekip. Biorąc pod uwagę założenie by zejść poniżej 40 minut to bieg trzeba uznać za bardzo udany. Cała piątka uzyskała czasy poniżej 8 minut. Już nie możemy doczekać się kolejnych sztafet, bo atmosfera przy takich imprezach jest świetna.

Jak zwykle Ewa zadbała o to by nie zabrakło zdjęć z naszych biegowych wyczynów. Zapraszam do galerii.

II Bieg Noworoczny w parku Skaryszewskim

08_noworoczny_artykulBieg który z założenia miał być potraktowany na luzie, by oszczędzić siły na sztafetę, która odbędzie się dwa dni później na parkingu CH Arkadia, a która jest startem priorytetowym. Zapytacie pewnie po co w takim razie startuję skoro za dwa dni mam ważny bieg? Tak to już jest, że jestem łasy na medale:) Bez pośpiechu, ale do celu… takie było założenie. Dystans nie bardzo wymagający, bo tylko 8 km. Okoliczności przyrody bardzo przyjemne, bo bieg odbywał się w parku i to w parku pełnym zaprzyjaźnionych wiewiórek:)

Na miejsce dotarliśmy z Ewą, która jak zwykle zapewniła fotorelację oraz z Kamilą, która tym razem nie biegła tylko zagrzewała nas do biegu… nas, bo z naszej tarchomińskiej grupy było jeszcze trochę biegnących ludzi. Dodatkowo Agnieszka, która tym razem nie biegła, była naszym drugim fotografem. Bieg prowadził parkowymi alejkami, które tworzyły pętlę jaką zawodnicy mueisli pokonać trzykrotnie. Teoretyczny dystans to 8 km, ale prawdę mówiąc był chyba trochę krótszy. Moim zdaniem było to niewiele ponad 7,5 km.

Teoria teorią, a po starcie jak zwykle wyrwałem do przodu tempem, które powinno być co najmniej o minutę wolniejsze na każdym kilometrze. Powinienem napisać, że po trzech kilometrach opanowałem się i zwolniłem, ale niestety prawda jest bardziej brutalna. Po prostu spuchłem. Trochę mnie to zdziwiło, bo niby zacząłem dość szybko, ale znowu nie aż tak szybko by po trzech kilometrach stracić siły. Przypuszczam, że mogło to być spowodowane przetrenowaniem w ostatnim tygodniu, a jednocześnie brakiem treningów szybkościowych. Sporo biegałem, ale wszystko spokojnym, niewymagającym tempem. Nie był to zbyt dobry prognostyk przed zbliżającą się sztafetą. Spokojniejszym tempem pokonałem jednak wymagane trzy kółka. Po drodze dzielnie uśmiechałem się do naszych BNTowych aparatów i dbałem by w miejscach gdzie byłem fotografowany wyglądać rześko:) Po dotarciu do mety, otrzymaniu medalu udałem się do punktu odżywczego, gdzie otrzymałem żurek, pączka, herbatę oraz pieczywo… bardzo ładny zestaw, który przywrócił utraconą podczas biegu energię. Bieg ukończyło 427 zawodników. Ja skończyłem na 65 miejscu z czasem 35′ 12”, a do zwycięzcy straciłem 9′ 15”. Kolejny start to ważna sztafeta. Oby tylko przez dwa dni organizm zdążył się zregenerować.

Sylwestrowy trening na łąkach Krubińskich

01_wieliszew_01_artykul

Wyprawa zaplanowana była na spokojne truchtanie w tempie ponad 6:00 min/km. Takie też było tempo pierwszej połowy dystansu… takie a nawet, licząc średnio, lekko wolniejsze. Ekipa była bardzo wesoła, nie brakowało śmiechu i ciekawych rozmów. Dbaliśmy także o wszystkich uczestników, pilnując by nikt nie zostawał za stawką. Czekaliśmy i motywowaliśmy każdego komu chwilowo brakowało tchu i przeżywał kryzys. Nikt nie pozostawał sam. Gdy minęliśmy połowę zakładanego dystansu tempo nawet lekko wzrosło, a mimo tego wszyscy dzielnie znosili trudny wyprawy.

Trasa nie należała do łatwych… zdecydowanie nie był to gładki i przyjemny asfalt. Droga w znacznej większości prowadziła polnymi i leśnymi ścieżkami, na których nie brakowało błota i nierówności. Był to dużo większy wysiłek niż jakaś tam przebieżka po mieście. Jak dla mnie to duży atut i miła odskocznia od utwardzonej codzienności. Na samej końcówce niektórym uczestnikom trochę zaczęło brakować sił i stawka lekko się rozciągnęła. Każdy z zapartym tchem wypatrywał remizy, która miała znajdować się na około 20 km… okazało się jednak, że była po 21 km. Gdy okazało się, że do dystansu półmaratonu brakuje nam około 200 metrów, wraz z Agnieszką, postanowiliśmy przebiec ciut dalej by zaliczyć pełny półmaraton. Udało się i dzięki temu dzień jest jeszcze bardziej udany:) W końcu… nie co dzień bierze się udział w półmaratonie:)

Wielkie podziękowania dla gminy Wieliszew za fajną przygodę, a także dla współuczestników za świetną atmosferę podczas całego treningu. Gorąco polecam wieliszewskie treningi każdemu, kto chce pobiegać w sympatycznej otoczce z zorganizowaną grupą. Na końcu biegu były nawet ciastka i gorąca herbata:) Tym razem był też szampan, ale to dlatego że była to wyjątkowa okazja – trening Sylwestrowy.

Zapraszam do obejrzenia zdjęć z treningu, które mamy dzięki Ewie (www.ewakiec.com), która dzielnie nas fotografowała. Galeria znajduje się tutaj.

Zachęcam również do przeczytania relacji Rafała, którą można znaleźć na jego blogu: http://kalejdoskopbiegacza.blogspot.com/2013/12/sylwestrowy-pomaraton-biegowy-na-akach.html

Page 1 of 3

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén