Biegam bo lubię

Historia mojej biegowej przygody…

Month: Grudzień 2013

Sylwestrowy trening na łąkach Krubińskich

01_wieliszew_01_artykul

Wyprawa zaplanowana była na spokojne truchtanie w tempie ponad 6:00 min/km. Takie też było tempo pierwszej połowy dystansu… takie a nawet, licząc średnio, lekko wolniejsze. Ekipa była bardzo wesoła, nie brakowało śmiechu i ciekawych rozmów. Dbaliśmy także o wszystkich uczestników, pilnując by nikt nie zostawał za stawką. Czekaliśmy i motywowaliśmy każdego komu chwilowo brakowało tchu i przeżywał kryzys. Nikt nie pozostawał sam. Gdy minęliśmy połowę zakładanego dystansu tempo nawet lekko wzrosło, a mimo tego wszyscy dzielnie znosili trudny wyprawy.

Trasa nie należała do łatwych… zdecydowanie nie był to gładki i przyjemny asfalt. Droga w znacznej większości prowadziła polnymi i leśnymi ścieżkami, na których nie brakowało błota i nierówności. Był to dużo większy wysiłek niż jakaś tam przebieżka po mieście. Jak dla mnie to duży atut i miła odskocznia od utwardzonej codzienności. Na samej końcówce niektórym uczestnikom trochę zaczęło brakować sił i stawka lekko się rozciągnęła. Każdy z zapartym tchem wypatrywał remizy, która miała znajdować się na około 20 km… okazało się jednak, że była po 21 km. Gdy okazało się, że do dystansu półmaratonu brakuje nam około 200 metrów, wraz z Agnieszką, postanowiliśmy przebiec ciut dalej by zaliczyć pełny półmaraton. Udało się i dzięki temu dzień jest jeszcze bardziej udany:) W końcu… nie co dzień bierze się udział w półmaratonie:)

Wielkie podziękowania dla gminy Wieliszew za fajną przygodę, a także dla współuczestników za świetną atmosferę podczas całego treningu. Gorąco polecam wieliszewskie treningi każdemu, kto chce pobiegać w sympatycznej otoczce z zorganizowaną grupą. Na końcu biegu były nawet ciastka i gorąca herbata:) Tym razem był też szampan, ale to dlatego że była to wyjątkowa okazja – trening Sylwestrowy.

Zapraszam do obejrzenia zdjęć z treningu, które mamy dzięki Ewie (www.ewakiec.com), która dzielnie nas fotografowała. Galeria znajduje się tutaj.

Zachęcam również do przeczytania relacji Rafała, którą można znaleźć na jego blogu: http://kalejdoskopbiegacza.blogspot.com/2013/12/sylwestrowy-pomaraton-biegowy-na-akach.html

Falenica – Pierwsze biegowe rozczarowanie

IMG_8167Niesiony euforią biegową zapisałem się na biegi górskie w Falenicy. Do wyboru było jedno, dwa lub trzy kółka. Ja oczywiście, nie wiedząc co mnie czeka na miejscu, wybrałem trzy. Mało tego… zadeklarowałem czas poniżej 48 minut. Dopiero koledzy podczas czwartkowego BNT uświadomili mi, że chyba przesadziłem z oceną swoich możliwości. Na każdym kółku przewyższenie 85 metrowe w postaci siedmiu czy ośmiu podbiegów. Do tego trasa nie utwardzona tylko bardzo dużo piachu i korzeni. Wtedy zrozumiałem, że te 48 minut to była przesada.

Na starcie stawiłem się z Ewą, która jest moją wierną kibicką, a dodatkowo zawsze dzielnie fotografuje moje wyczyny oraz z Kamilą, która rozsądnie zapisała się na jedno kółko. W imprezie startowało też kilka osób z naszej grupy „Biegam na Tarchominie”. Początek nie był zły. Pierwsze kilka podbiegów poszło dość sprawnie i wierzyłem, że to może się udać. Pierwsze chwile zwątpienia miałem pod koniec pierwszego kółka (3 km). Wtedy już rozważałem zejście z trasy i poddanie się. Na szczęście dałem radę przezwyciężyć kryzys i ruszyłem na drugą turę. Od tego momentu każdy podbieg odczuwałem jakbym pokonywał go na oparach. Potem zbieg w dół i werwa wracała. Niestety koło 4-5 km, na którymś z podbiegów podjąłem decyzję, że po tym kółku schodzę z trasy. Na samej końcówce drugiego kółka, mimo dopingu Ewy i Kuby, który wspierał wszystkich BNT-owiczów, poddałem się. Zakończyłem drugie koło i zszedłem z trasy. Czas miałem całkiem dobry, bo wyszło nie wiele ponad 32 minuty. Przegrałem te zawody psychicznie. Tak mocno wmówiłem sobie podczas tego drugiego kółka, że po nim kończę, że nie było mowy bym zrobił inaczej. Zaraz po zejściu z trasy i odsapnięciu, dosłownie 2-3 minuty, zacząłem strasznie żałować, że zszedłem. Uświadomiłem sobie, że wystarczyło lekko zwolnić i na 100% dałbym radę ukończyć bieg. Nie wyrobiłbym się może w czasie 48 minut, ale w okolicach 50-52 minuty bym dobiegł. Niestety mądry polak po szkodzie. Teraz mam straszliwy niedosyt i czuję się kompletnie przegrany. Najgorsze co może być to poddać się kompletnie. Dobiec do mety choćby ze słabym czasem to jest prawdziwa siła… ja niestety uległem samemu sobie. Teraz mam za to mocne postanowienie by w kolejnych falenickich biegach nie dać takiej plamy i ukończyć 3 kółka choćby miało to trwać 60 minut.

Mój pierwszy czwartek z BNT

Po dwóch wtorkowych treningach, które były organizowane wspólnie przez Pobiegani.pl i Biegam na Tarchominie udało mi się przybyć na czwartkowy trening. Czwartkowe treningi organizowane są już tylko przez Biegam na Tarchominie, ale cieszą się większym zainteresowaniem niż te wtorkowe i przybywa na nie więcej biegaczy. Tym razem było nas sporo, bo około 20 osób. Jako że było to spotkanie tuż przed świętami zaczęło się od niespodzianki. „Kierownik” całego wydarzenia przyniósł pyszne pierniczki autorstwa swojej żony, która również należy do BNT. Po posileniu się ciastkami i wykonaniu pamiątkowego zdjęcia ruszyliśmy truchtem w kierunku mostu „Północnego”. Na miejscu zaplanowany był trening podbiegów na schodach. Kilka serii w górę i w dół i wszyscy czuliśmy już w nogach, że mięśnie dostały ostrą zaprawę. Wraz z nami była Ewa, która była naszym fotografem i dzięki niej mamy sporą galerię dokumentującą ten trening. Zdjęcia do obejrzenia tutaj. Po wycisku na schodach potruchtaliśmy do naszego punktu zbiorczego pod pocztą na Nowodworach. Tam jeszcze kilka zdjęć i koniec spotkania. Kolejne spotkanie planowane na drugi dzień świąt. Czekamy z niecierpliwością.

Pobiegani.pl i podbiegi pod most

pobiegani_2Po zeszłotygodniowych interwałach, na które poszedłem ze stanem podgorączkowym, cały tydzień spędziłem w łóżku. Wygrzewając się wypełniałem swoje zawodowe obowiązki zdalnie. Jak dobrze, że tak się da:) Nadszedł jednak kolejny wtorek i nie pozostawało nic innego jak wyskoczyć spod ciepłej pierzynki i udać się na trening. Zdrowie już było na tyle odbudowane, że postanowiłem zaryzykować. Na miejscu okazało się, że nasz trener też chory i nie da rady nas poprowadzić… nie dał jednak plamy i przywiózł kolegę, który go zastąpił i to w 100%… dał nam wycisk większy niż poprzednie interwały:)

Początek treningu taki sam jak tydzień wcześniej. Najpierw trucht na miejsce docelowe (chociaż dziewczyny trochę oponowały po drodze, że ten trucht to taki nie do końca trucht:) ), potem lekka rozgrzewka na miejscu i przejście do treningu zasadniczego. W tym tygodniu trening zasadniczy polegał na podbiegach pod most. Dwie serie po 3 razy. Podbieg miał długość około 200 metrów i nie był może jakoś bardzo stromy, ale jednak trochę się go czuło. Zasada była taka, że każdy bieg z serii powinien być trochę szybszy od poprzedniego. Po wbiegnięciu było 50 metrów powrotu idąc, a reszta leciutkim truchtem. Wszyscy podzieliliśmy się mniej więcej według tempa na grupki i wbiegaliśmy w takich właśnie na górę. Dwie serie poszły dość sprawnie, a na koniec trener zarządził jeszcze jedno wbiegnięcie, ale już tylko dla chętnych, całą mocą. Raz a porządnie. Większość oczywiście nie odpuściła i zaliczyła ten bonusowy podbieg.

Po wszystkim potruchtaliśmy, jak zawsze, pod pocztę, która jest naszym punktem spotkań. Tam lekkie rozciąganie, pamiątkowe zdjęcie, do którego tym razem wykorzystaliśmy renifera:) Teraz niestety zapowiada się dłuższa przerwa od wtorkowych treningów, bo a to wigilia, a to Sylwester… i tak trzeba czekać na nowy rok, by znów dostać wycisk od Pobieganych:)

Zdjęcie dzięki uprzejmości: Pobiegani.pl

Pierwszy trening w grupie

Biegam na Tarchominie i Pobiegani.plOd dłuższego czasu obserwowałem na Facebook’u grupkę zapaleńców, którzy działają pod nazwą „Biegam na Tarchominie”. Spotykają się w każdy czwartek, by razem pobiegać, a dodatkowo trenują we wtorki wraz z Pobiegani.pl. Nigdy nie mogłem się zebrać żeby do nich dołączyć, bo a to mecz w TV, a to byłem już po bieganiu i zwyczajnie mi się nie chciało. Dzisiaj jednak udało mi się zmobilizować. Było o tyle łatwiej, że umówiłem się z Kamilą, która też była bardzo pozytywnie nastawiona do wspólnych wybiegań, bo przygotowuje się do styczniowego biegu „Policz się z cukrzycą”. Spotkaliśmy się chwilę przed dwudziestą i potruchtaliśmy w wyznaczone miejsce spotkania z grupą. Na miejscu zastaliśmy grupkę roześmianych zapaleńców biegania. Od razu widać było, że atmosfera podczas treningów na pewno jest sympatyczna. Chwilę poczekaliśmy jeszcze na ewentualnych spóźnialskich i pobiegliśmy za naszym trenerem na małe roztruchtanie. Po paru kilometrach zatrzymaliśmy się na placyku przy ulicy by zrobić rozgrzewkę przed głównym treningiem. Trochę wymachów, skipów itd. itp. i byliśmy zwarci i gotowi do interwałów, które miały być tego dnia głównym punktem programu. Plan był tak, że robimy 6 serii, a w każdej 2 minuty szybkiego biegu, a po nim 2 minuty delikatnego truchtu. Nigdy wcześniej nie robiłem takich interwałów, więc było to coś nowego. Do tej pory biegałem interwały w taki sposób, że co kilometr robiłem 20-30 sekund ostrego sprintu. Podzieliliśmy się na grupki, w taki sposób by dobrać się w miarę pasującym tempem no i jeszcze tak by każda grupa miała stoper, by odmierzać wymagane 2 minuty. Po sześciu seriach czułem się lepiej niż zakładałem przed startem… płuca żyły i nawet mogły jeszcze trochę pobiegać:) Gdy wszyscy ukończyli trening potruchtaliśmy w miejsce spotkania. Tam zrobiliśmy parę ćwiczeń rozciągających, potem szybka wspólna fotka, a na koniec każdy dostał jeszcze butelkę wody, by mieć energię na powrót do domu. Ogólnie atmosfera i całość spotkania bardzo fajne… na pewno nie był to mój ostatni trening razem z tą wesołą brygadą:)

Zdjęcie dzięki uprzejmości: Pobiegani.pl

XVIII Żoliborski Bieg Mikołajkowy

xviii_zoliborski_bieg_mikolajkowy_2013_01Największe obawy przed tym biegiem dotyczyły pogody. Na szczęście okazało się, że nie było tak źle jak mogło:) Było co prawda zimno i mokro, ale na szczęście nie padało. Drugim plusem było to, że mimo opadów dzień wcześniej… to nie był to śnieg tylko deszcz. Trasa prowadziła alejkami Parku Kępa Potocka i obejmowała dwa okrążenia. Jak można było się spodziewać trasa po parku nie należała do szerokich i czasem było ciężko uniknąć zbiegania na trawę, ale na szczęście z czasem stawka się rozciągnęła i zrobiło się luźniej. Zacznijmy jednak od początku. Na bieg przyjechałem z Ewą i jej tatą, który akurat odwiedził nas w ten weekend i zdecydowanie chciał obejrzeć bieg, bo nigdy nie uczestniczył w takiej imprezie biegowej. Do startu pozostało jeszcze trochę czasu, więc postanowiłem potruchtać trochę po parku i porozciągać trochę mięśnie, by nie było niemiłych niespodzianek podczas biegu. Zbliżał się czas startu, więc udałem się w miejsce skąd mieliśmy rozpoczynać bieg.

Na starcie miłym zaskoczeniem było to, że zostaliśmy rozstawieni w strefach startowych. Strefy były następujące: poniżej 45 min, 45 – 50 min, 50 – 55 min, 55 – 60 min oraz powyżej 60 min. Do dzisiaj nie wiem czemu, ale ustawiłem się w tej drugiej czyli 45 – 50 minut. Chyba nie czułem się na tyle mocno w tym dniu by ścigać się z najlepszymi. Biegaczy na starcie zgromadziło się całkiem sporo jak na warunki trasy, bo było nas około 700 osób. Tuż po starcie coś we mnie drgnęło i pomyślałem, że trzeba nadrobić błędne rozstawienie w strefie i wykonałem około 300 metrowy sprint po trawie, wyprzedzając sporą część stawki. Myślę, że tym przyspieszeniem dołączyłem do pierwszej strefy. Jak się potem okazało to była bardzo dobra decyzja, bo nikt mnie nie blokował i nie spowalniał w czasie biegu. Bieg przypominał trochę poprzednią imprezę w Otwocku, bo podobnie jak tam nie wyprzedzało się wielu zawodników tylko raczej biegło się trzymając się kogoś przed sobą. Dopiero jak widziałem ewidentnie, że mogę biec szybciej i osoba przede mną spowalnia mnie to decydowałem się na wyprzedzenie. Zazwyczaj szukałem wtedy kogoś następnego z przodu by się go „uczepić”. W tych momentach zrozumiałem co dają treningi interwałowe. Bez większego problemu mogłem dość mocno przyspieszyć na kilkadziesiąt sekund by kogoś podgonić, a następnie spokojnie się go trzymać. Taką właśnie techniką pokonałem trasę. Podczas biegu kilkukrotnie mijałem moich kibiców (Ewę wraz z tatą). Ewa wytrwale wyczekiwała mnie z aparatem i robiła mi przy każdej okazji zdjęcia:)

xviii_zoliborski_bieg_mikolajkowy_2013_02Do mety dotarłem dość mocno zmęczony… rzekłbym, że chyba najbardziej z dotychczasowych biegów. Dlatego wiem, że nie mogę sobie nic zarzucić, bo dałem z siebie tyle ile mogłem. Po biegu jak zawsze zasłużona butelka wody, a także coś bardzo przyjemnego, po biegu w tej temperaturze – gorący barszcz. Nie wiem czy to przez to, że po biegu czy po prostu naprawdę taki był, ale wtedy sądziłem, że jest przepyszny:) Potem przyszedł wyczekiwany sms z wynikiem i okazało się, że jest kolejna życiówka. Trzeci bieg na dystansie 10 km i trzecia życiówka. Oby tak dalej! Tempo co prawda było lepsze w Otwocku, ale tam niestety dystans był o 300 metrów krótszy, więc nie ma z tego biegu wyniku na 10 km. Szkoda , bo byłby imponujący:) Mój wynik z biegu Mikołajkowego to 42:34 i lokata 93 na 660 osób, które ukończyły bieg. Bardzo udana niedziele, kolejny rekord oraz kolejny medal do powieszenia na gwoździu… tym razem medal inny niż wszystkie, bo w kształcie Mikołaja.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén