9. PZU Półmaraton Warszawski

9_pzu_medalNadszedł dzień pierwszego poważnego sprawdzianu. Co prawda główny egzamin będzie dopiero za 2 tygodnie to Półmaraton Warszawski jest jak dotychczas najważniejszym biegiem w mojej krótkiej, biegowej historii. Wstępne założenia przy zapisie na ten bieg były takie, że będzie to luźny bieg,  który będzie końcowym etapem przygotowań do Orlen Warsaw Marathon. Jednak z czasem aspiracje rosły i pojawiały się plany… plany minimum i plany życzeniowe. Po styczniowym Biegu Chomiczówki pojawiły się przebłyski planu by spróbować łamać godzinę i 35 minut. W biegu Chomiczówki, który liczył 15 km udało mi się utrzymać średnie temppo 4:30 min/km. Warunki atmosferyczny podczas tego startu były, porównując z innymi biegami w jakich miałem przyjemność brać udział, ekstremalne. Mróz, wiatr, śnieg…. biegło się naprawdę ciężko. Po poradzeniu sobie w takich warunkach pomyślałem, że w końcu półmaraton to tylko 6 km więcej niż Chomiczówka. Skoro tam dałem radę pobiec w tempie 4:30 min/km to czemu nie zrobić tego podczas marcowego startu. Moja dotychczasowa życiówka na dystansie półmaratonu wynosiła wówczas godzinę i 41 minut z małym okładem. Tak narodził się plan minimum by poprawić życiówkę łamiąc godzinę i 4o minut oraz plan optimum, który zakładał pokonanie całego dystansu w średnim tempie 4:30 min/km co daje czas godzina i 35 minut. W przeddzień startu przygotowałem sobie dwie opaski z międzyczasami na obydwa z moich planów. W tym momencie zakładałem jeszcze, że będę biegł sam.

9_pzu_grupaDzień startu… pod stadion dotarliśmy autobusem sporą grupą wraz z wesołą brygadą biegaczy z „Biegam na Tarchominie„. Pierwsza dobra wiadomość tego dnia była taka, że pogoda dopisała. Piękne słońce i zapowiadał się ciepły dzień. Jak się potem okazało było nawet trochę nazbyt ciepło… ale lepsze to niżby miało padać. Po pogaduchach w miejscu zbiórki, które było pod stadionem rozeszliśmy się do swoich stref startowych. Ja zostałem przydzielony do strefy żółtej. Idąc w okolice tabliczek z czasem jaki mnie interesował (1:35 – 1:40) zauważyłem baloniki z napisem 1:35. Był to pacemaker prowadzący właśnie na ten czas. Zakładałem samotny bieg, ale wtedy naszła mnie myśl, że… kurcze… czemu ma lecieć sam skoro za kimś na pewno będzie łatwiej. Odejdzie problem pilnowania tempa i jedyne co będę musiał robić to pilnować się balonów. Ustawiłem się więc za jednym z zajęcy, który prowadził na oczekiwany przez mnie czas (było ich dwóch… drugi kilkadziesiąt metrów dalej z przodu). Jako, że mój plan minimum to 1:40, a optimum 1:35 to biegłem na 1:35. Uznałem, że jak z czasem opadnę z sił to wtedy będę starał się utrzymać tempo takie by zrealizować chociaż to minimum.

Ruszyliśmy… zakładane tempo by osiągnąć cel wynosiło 4:30 min/km. Początek biegło się bardzo dobrze, a tempo było nawet wyższe od zakładanego bo na przestrzeni pierwszych dziewięciu kilometrów wahało się od 4:21 do 4:15 min/km. Zapas był przydatny, bo na 16 km czekał nas podbieg pod Agrykolę, który był najtrudniejszym etapem trasy. Pokonaliśmy już niemalże połowę dystansu i wtedy stało się coś co wprawiło nas w osupienie. Nasz pacemaker uciekł nam do… Toi Toi’a:) Komiczna sytuacja wprawiła nas w lekką konsternacje:) Na szczęście na horyzoncie było widać drugiego zająca prowadzącego na ten sam czas. Nie pozostało nic innego jak dogonić go i biec dalej z nim. Tak więc rozpocząłem pościg, który zakończył się oczywiście sukcesem. W międzyczasie dostrzegłem kibicującą na trasie Olę (http://poranamajora.blogspot.com), która od dawna jest moim biegowym guru. Prawda jest taka, że to chyba właśnie jej zawdzięczam to że w ogóle biegam. Widząc jak zaczynała, jak robiła postępy i co osiągnęła złapałem biegowego bakcyla. Dzięki Ola… nie tylko za doping na trasie, ale za zarażenie mnie pasją biegania. Dogniwszy nowego przewodnika doświadczyłem lekkiego kryzysu. Był to chyba 12 km. Pomyślałem sobie… „Boże… to dopiero ledwo połowa…”. Na szczęście moje przemyślenia nie wpłynęły na tempo i biegłem dalej zgodnie z założonym planem. Na dotychczasowych punktach odżywczych korzystałem jedynie z wody. Inaczej zrobiłem tuż przed podbiegiem na Agrykolę. Tam prócz wody pochwyciłem też banana. To był błąd… ogólnie podbieg nie był taki straszny jak zakładałem. Wbiegłem na niego całkowicie na luzie, a obecność pacemaker’a mnie nawet hamowała. Bez niego chyba pokonałbym go jeszcze szybciej. Na samej górze jak już skończyłem podbieg dopadła mnie kolka. Jestem przekonany, że to przez tego banana. Dosłownie wyszedł mi bokiem:) Na podbiegu straciłem 30 sekund w porównaniu ze średdnią, więc nie ma tragedii. kilometr po podbiegu też był nieco wolniejszy od średniej, ale potem wszystko wróciło do normy. Kolejnym lekko załamującym momentem był most Poniatowskiego. Stadion, gdzie była mta, był na wyciągnięcie ręki… a tu nagle mijam tabliczkę „19 km”!?!?! To było lekko podłamujące:) Po pokonaniu mostu i zbiegnięciu na dół postanowiłem nie trzymać się dłużej balonów i spróbować urwać parę sekund. Wyprzedziłem pacemaker’a i do mety pognałem już w samotności. Ostatnie metry dłużyły się, bo było sporo kręcenia. 700 metrów przed metą (ja tego nie widziałem, ale inni biegacze opowiadali) była tablica „Boli? Musi boleć!”. Cała prawda:) Na ostatniej prostej do mocniejszego finiszu zmotywował mnie zegar na którym czas przekroczył już 1:35. Wiedziałem, że jest to czas brutto, ale wiecie jak to jest… nigdy nie wie się ile ma się tego zapasu do swojego netto:)

Po biegu okazało się, że nie dość że złamałem 1:35 to zrobiłem to o ponad minutę. Oficjalny czas netto to 1:33:49. Pełnia szczęścia… jedyny stres to stan stóp. Dość mocno odczuły trudy biegu i teraz modlę się, żeby wydobrzały do Orlenu, bo będzie źle. Teraz dwa spokojne tygodnie i kolejny wielki test… obym na mecie był tak samo zadowolony jak po tym półmaratonie. Jakie założenia na maraton? Wstępne były takie by złamać 4 godziny. Teraz jednak apetyt urósł i plan jest taki by trzymać się pacemaker’a na 3:30 ile się da, a potem walczyć o jak najmniejszą stratę do tego czasu. Będę bardzo zadowolony jeśli złamie 3:40.

Zapraszam do pokaźnej galerii z tego biegu autorstwa Ewy Kiec. Jest na tyle pokaźna, że została podzielona na trzy galerie:

Przed biegiem:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.717497308295463.1073741835.100001056022973&type=3
W trakcie:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.717897731588754.1073741837.100001056022973&type=3
Po biegu:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.717887071589820.1073741836.100001056022973&type=3