Dawno nic się na blogu nie działo, więc czas nadrobić zaległości. Sposobność ku temu jest idealna, bo jestem właśnie po 27. Biegu Niepodległości, który wyszedł mi… o tym dalej.

Od dawna nie udało mi się poprawić życiówki na 10 km. Zważywszy na to, że moja pierwsza życiówka jaką wybiegałem w debiucie podczas Biegnij Warszawo 2013 to 44:40, a ta obecna wynosiła 41:40 to było trochę słabo. Przez ponad 2 lata biegania progres o zaledwie 3 minuty? Coś tu jest nie tak. Dlatego też uznałem, że trzeba w końcu postarać się o nową, a jak już nową to taką, która będzie łamała tę magiczną barierę 40 minut, a co za tym idzie będzie schodziła ze średnim tempem poniżej 4:00 min/km. Niby to tylko psychologia, ale ta zmiana pierwszej cyferki z „4” na „3” jest naprawdę ciężka do przeskoczenia. Było to dla mnie nie do ogarnięcia umysłem, aż do czasu…

pierwszego biegu z cyklu City Trail, który odbył się w październiku. Tam, na dystansie 5 km, udało mi się zejść z życiówką z 20:20 na 18:24! Poprawa była bardzo znaczna, ale nie to było najważniejsze. Najważniejsze było to, że tam właśnie pękła ta bariera trójki z przodu w średnim tempie. Naprawdę jest to trudne do wytłumaczenia, ale psychika robi tu kolosalną barierę. Gdy miałem czas 20:20 na piątkę to wydawało mi się mega ciężkim do osiągnięcia choćby 19:55, bo to wiązało się z tym, że kilometry będzie trzeba pokonywać w tempie 3:59 min/km. Teraz gdy zrobiłem te 18:24 (czyli tempo średnie 3:41 min/km) to wiem, że spokojnie mogę niebawem łamać 18 minut, a i 17:30 nie jest niemożliwe. Jedyne co było potrzebne by to zrozumieć to odblokowanie głowy. To się stało właśnie wtedy… podczas tego jednego biegu City Trail.

Dlatego właśnie przed Biegiem Niepodległości nie martwiłem się o życiówkę, bo może zabrzmi to mało skromnie, ale wiedziałem, że nie ma opcji żebym jej nie poprawił. Mało tego… ja byłem przekonany, że złamie spokojnie te 40 minut i kwestią było tylko jak bardzo. Już kilka dni przed biegiem mój zapał trochę ostygł gdy prognozy pogody zaczęły zapowiadać deszcze i silne wiatry. To było to co mogło pokrzyżować mi plany. O ile deszcz nie robił mi zbytniej różnicy to już z wiatrem było gorzej. Trzy dni wcześniej biegłem swój ostatni półmaraton do korony. Tam też strasznie wiało, więc wiedziałem dobrze, że biegnąc pod wiatr nie będę mógł dać z siebie wszystkiego. Na szczęście w dniu biegu okazało się, że wieje, ale nie tak bardzo jak się tego obawiałem.

Na start pojechaliśmy całą gromadą z naszego „Biegam na Tarchominie”. Było nas dobre kilkanaście, albo i kilkadziesiąt osób. Kilkoro z nas miało zakusy na nowe życiówki, niektórzy tak jak ja chcieli łamać 40 minut. Po ogarnięciu depozytów, wspólnym zdjęciu i wymianie rad rozeszliśmy się do swoich stref. Razem z Kamilem udaliśmy się do pierwszej strefy, stanęliśmy spokojnie pod koniec tych wszystkich „wymiataczy” i czekaliśmy na start. Plan był prosty. Do połowy trzymać tempo około 4:00 min/km, a później spróbować pocisnąć ile się da. Niestety jak to u nas z planami dotyczącymi tempa bywa… nie wyszło :)
Wystartowaliśmy i pierwszy kilometr wyszedł w miarę ok, ale to tylko dlatego, że ludzie nie wiedzieć skąd biorą się na początku pierwszej strefy i biegną tempem 7:00 – 8:00 min/km. To jest chore żeby strefa VIP startowała z przodu. Powinna być elita, strefa I i później VIP i kolejne strefy. Jak można VIPów puszczać przed pierwszą strefą?!? Wracając do biegu to… drugi kilometr już nam nie wyszedł, bo zrobiliśmy go w 3:36 min/km :) Zdecydowanie za szybko. Później tempo ustabilizowało się na około 3:52 min/km. Niestety gdzieś po drodze zgubiłem Kamila i leciałem już sam. Do połowy co jakiś czas czułem podmuchy z przodu… pocieszało mnie to o tyle, że za piątym kilometrem była nawrotka i wracało się tą samą drogą. Niestety… po zawróceniu okazało się, że tutaj jest jeszcze bardziej pod wiatr :) Nie wiem jak to możliwe, ale naprawdę tak było :) Na półmetku miałem 19:10, więc jak na łamanie 40 minut to nieco za szybko, ale w sumie dobrze, bo był zapas na drugą część trasy.
Od połowy zaczęła się już lekka męczarnia, tempo nieznacznie spadło i zaczęła się walka o wynik. Kilka razy przemknęło mi przez głowę, że „po co ja to robię?!?! Mogłoby zacząć mnie coś boleć to bym miał pretekst żeby zejść”. Na szczęście nie poddałem się kuszeniu głowy do odpuszczenia i starałem się trzymać tempo. Od około 7 km wiedziałem już, że na pewno złamię 40 minut… wiedziałem, że nawet gdybym zwolnił do 4:30 min/km to i tak się to uda. Od ósmego kilometra, po zaliczeniu ostatniego podbiegu na wiadukt, udało się nawet lekko przyspieszyć. Postanowiłem wtedy, że nie będę już patrzył na zegarek tylko będę biegł żeby nie demotywować psychiki. Gdy do mety było około 400 – 500 metrów postanowiłem przyspieszyć i nawet nie sprawiało mi to wtedy wielkiego problemu. Po chwili spojrzałem na zegarek, na którym widniał czas 38:33… do mety było już naprawdę blisko, więc zerwałem się jeszcze mocniej licząc na złamanie 39 minut. Niestety… zabrakło 8 sekund. Po prostu za późno spojrzałem na zegarek. Jestem przekonany, że gdybym miał świadomość jak niewiele brakuje to wycisnąłbym z finiszu więcej i złamałbym te 39 minut.

Nie ma jednak co narzekać… 39:08 to i tak życiówka poprawiona o ponad dwie i pół minuty. Na kolejne przyjdzie czas :)