1490582_526216580809183_992070014_o

Ten dzień zapowiadał się wyczerpująco już na długo przed jego nadejściem. Dwa biegi pod rząd… wcześniej czegoś takiego nie robiłem. W planach był Bieg o puchar Bielan, którego dystans to 5 km, o godzinie 10.00, a następnie piętnastokilometrowy Bieg Chomiczówki o godzinie 11.00. Mało tego to rano okazało się, że pogoda daje się nieźle we znaki. Opady śniegu, wiatr i temperatura na poziomie -8 stopni Celsjusza. Zapowiadało się nieźle. Na biegach była, jak zwykle, duża grupa zawodników „Biegam na Tarchominie„. Niektórzy biegli tylko pierwszy bieg, inni tyko drugi, a część oba.

Mój plan był taki by spokojnie pobiec pierwszy bieg, a potem w drugim, na który miały być zaoszczędzone siły po pierwszym, pobiec na tyle na ile starczy mocy. Przed startem nie można było stać w miejscu, bo mróz dawał się we znaki. Na szczęście tuż przed startem zebraliśmy się na grupowe zdjęcie, co skutecznie odwróciło uwagę od zimna. Potem udaliśmy się na linie startu i wreszcie zaczął się bieg. Nie biegliśmy długo w naszej grupie, bo tłum był spory i szybko się pogubiliśmy. Zgodnie z założeniami starałem się biec tak by zachować siły na kolejny start. Początek biegu dał się we znaki głównie moim dłoniom. Mimo rękawiczek strasznie marzły mi palce. Na szczęście po około dwóch kilometrach rozgrzałem się na tyle, że dolegliwość ustąpiła i biegło się już bardzo fajnie. Przez cały bieg utrzymywałem w miarę równe tempo (średnie wyszło 4:13 min/km). Mimo całkiem niezłego tempa udało mi się przebiec cały dystans z dużą rezerwą sił, a na finiszu udało się nawet trochę przyspieszyć. Plan został zrealizowany. Siły zachowane, a dodatkowo wynik był nawet lepszy niż zakładałem. Czas 21:09 i lokata 117 na 809 startujących. To był mój pierwszy oficjalny bieg na 5 km. Po biegu odebrałem medal, potem dostałem foliową płachtę by za bardzo się nie wyziębić i miałem prawie 40 minut oczekiwania na drugi start. W międzyczasie obserwowałem finisz koleżanek i kolegów z grupy. Gdy już wszyscy zjawili się na mecie, przemieściliśmy się w osłonięte od wiatru miejsce i wspólnie oczekiwaliśmy na start drugiego biegu.

Tuż przed 11.00 stawiliśmy się na starcie drugiego biegu. Jego trasa była identyczna jak tego pierwszego, z tą różnicą, że tutaj są trzy kółka, a w poprzednim było tylko jedno. Moje założenia byłytaki by tutaj już się nie oszczędzać, ale z drugiej strony nie przesadzić na starcie, by zachować siły na cały dystans. Nigdy nie biegłem dystansu 15 km i nie miałem doświadczenia w rozkładaniu na nim tempa. Głównym minusem tego biegu było to, że były to pętle. Zdecydowanie wolę biegać na niepowtarzalnej trasie niż kręcić kilka jednakowych kółek. Na trase jednak wpływu nie miałem, więc trzeba było biec po tym co było. Na szczęście trasa, mimo pogody, przygotowana była bardzo dobrze. Nie było w ogóle ślisko, a tego się obawiałem.

Od samego początku biegło mi się bardzo dobrze. Tempo jakie narzuciłem na starcie, które oscylowało w okolicach 4:30 min/km, udawało mi się utrzymywać. Wiedząc jakim tempem biegnę miałem obawy czy aby nie przesadzam i czy uda mi się dotrzymać je do końca. Im dalej biegłem tym lepiej się czułem. Co mnie bardzo zdziwiło utrzymywałem, chyba bo nie mam czujnika tętna, bardzo dobry poziom rytmu serca. Utrzymując swoje tempo praktycznie przez cały dystans co jakiś czas kogoś wyprzedzałem i bardzo mnie dziwiło, że w porównaniu z innymi biegaczami, którzy dość mocno łapali powietrze, ja miałem bardzo spokojny oddech. Pod tym względem to był dla mnie bardzo dobry bieg. Kompletnie nie miałem zadyszki i można powiedzieć, że czułem się jakbym biegł tempem konwersacyjnym (a tempo 4:30 km/min raczej nigdy w moim wykonaniu takim nie było).  Zaczynając bieg zakładałem sobie, że fajnie byłoby pokonać go w czasie 1:15:00… W trakcie biegu, widząc jakie utrzymuję tempo zacząłem czuć presję, że może udać się zejść poniżej 1:10:00. Taki postawiłem sobie cel w czasie biegu. No i udało się. Mało tego… gdy wpadłem na metę poczułem złość, że nie dałem z siebie wszystkiego. Zazwyczaj na mecie nie jestem w stanie zafiniszować. Tym razem ostatnią prostą pokonałem niemalże jak pierwsze metry na sztafecie w Arkadii. To był po prostu sprint. Tym przyspieszeniem na pewno urwałem kilka sekund z wyniku, ale wiedziałem, że gdybym pobiegał tak, by nie być w stanie tak zafiniszować to pewnie urwałbym tym nie kilka sekund, ale być może nawet kilka minut. Wpadając na metę widziałem zegar, który pokazywał czas 1:08:06. Wiedziałem, że, jest to czas brutto, więc z wielkim napięciem czekałem na sms z wynikiem. W końcu przyszedł – 1:07:40. Czas jakiego nawet nie zakładałem przed startem. Nie sądziłem, że jestem w stanie takie tempo utrzymać przez całe 15 km. Czas świetny, ale jednak jest niedosyt. Czuję, że mógłby być trochę lepszy. Nie ma co jednak płakać nad rozlanym mlekiem. Był to pierwszy start na tym dystansie, więc uznaje że był udany. Lokata 295 z 1263, którzy ukończyli bieg wstydu nie przynosi:) Ten bieg dał mi jeszcze jedno przekonanie. Jestem pewien, że jestem w stanie przebiec półmaraton w czasie 1:35:00. Co przy mojej obecnej, nieoficjalnej życiówce 1:41:00 jest niezłym postępem.

Teraz pora zapomnieć już o tym biegu i zacząć z przerażeniem myśleć o kolejnym weekendzie. Pogoda zapowiada się dramatyczna pod względem mrozu, a czeka mnie kolejna Falenica, a w niedziele bieg w Wieliszewie. Będzie mroźno, ale ekipa BNT na pewno da radę… nie mam żadnych wątpliwości:)

Zapraszam na Facebook do galerii z tych biegów