Biegam bo lubię

Historia mojej biegowej przygody…

Category: Bieganie (Page 1 of 2)

Bieg Niepodległości z nową życiówką

Dawno nic się na blogu nie działo, więc czas nadrobić zaległości. Sposobność ku temu jest idealna, bo jestem właśnie po 27. Biegu Niepodległości, który wyszedł mi… o tym dalej.

Od dawna nie udało mi się poprawić życiówki na 10 km. Zważywszy na to, że moja pierwsza życiówka jaką wybiegałem w debiucie podczas Biegnij Warszawo 2013 to 44:40, a ta obecna wynosiła 41:40 to było trochę słabo. Przez ponad 2 lata biegania progres o zaledwie 3 minuty? Coś tu jest nie tak. Dlatego też uznałem, że trzeba w końcu postarać się o nową, a jak już nową to taką, która będzie łamała tę magiczną barierę 40 minut, a co za tym idzie będzie schodziła ze średnim tempem poniżej 4:00 min/km. Niby to tylko psychologia, ale ta zmiana pierwszej cyferki z „4” na „3” jest naprawdę ciężka do przeskoczenia. Było to dla mnie nie do ogarnięcia umysłem, aż do czasu…

pierwszego biegu z cyklu City Trail, który odbył się w październiku. Tam, na dystansie 5 km, udało mi się zejść z życiówką z 20:20 na 18:24! Poprawa była bardzo znaczna, ale nie to było najważniejsze. Najważniejsze było to, że tam właśnie pękła ta bariera trójki z przodu w średnim tempie. Naprawdę jest to trudne do wytłumaczenia, ale psychika robi tu kolosalną barierę. Gdy miałem czas 20:20 na piątkę to wydawało mi się mega ciężkim do osiągnięcia choćby 19:55, bo to wiązało się z tym, że kilometry będzie trzeba pokonywać w tempie 3:59 min/km. Teraz gdy zrobiłem te 18:24 (czyli tempo średnie 3:41 min/km) to wiem, że spokojnie mogę niebawem łamać 18 minut, a i 17:30 nie jest niemożliwe. Jedyne co było potrzebne by to zrozumieć to odblokowanie głowy. To się stało właśnie wtedy… podczas tego jednego biegu City Trail.

Dlatego właśnie przed Biegiem Niepodległości nie martwiłem się o życiówkę, bo może zabrzmi to mało skromnie, ale wiedziałem, że nie ma opcji żebym jej nie poprawił. Mało tego… ja byłem przekonany, że złamie spokojnie te 40 minut i kwestią było tylko jak bardzo. Już kilka dni przed biegiem mój zapał trochę ostygł gdy prognozy pogody zaczęły zapowiadać deszcze i silne wiatry. To było to co mogło pokrzyżować mi plany. O ile deszcz nie robił mi zbytniej różnicy to już z wiatrem było gorzej. Trzy dni wcześniej biegłem swój ostatni półmaraton do korony. Tam też strasznie wiało, więc wiedziałem dobrze, że biegnąc pod wiatr nie będę mógł dać z siebie wszystkiego. Na szczęście w dniu biegu okazało się, że wieje, ale nie tak bardzo jak się tego obawiałem.

Na start pojechaliśmy całą gromadą z naszego „Biegam na Tarchominie”. Było nas dobre kilkanaście, albo i kilkadziesiąt osób. Kilkoro z nas miało zakusy na nowe życiówki, niektórzy tak jak ja chcieli łamać 40 minut. Po ogarnięciu depozytów, wspólnym zdjęciu i wymianie rad rozeszliśmy się do swoich stref. Razem z Kamilem udaliśmy się do pierwszej strefy, stanęliśmy spokojnie pod koniec tych wszystkich „wymiataczy” i czekaliśmy na start. Plan był prosty. Do połowy trzymać tempo około 4:00 min/km, a później spróbować pocisnąć ile się da. Niestety jak to u nas z planami dotyczącymi tempa bywa… nie wyszło :)
Wystartowaliśmy i pierwszy kilometr wyszedł w miarę ok, ale to tylko dlatego, że ludzie nie wiedzieć skąd biorą się na początku pierwszej strefy i biegną tempem 7:00 – 8:00 min/km. To jest chore żeby strefa VIP startowała z przodu. Powinna być elita, strefa I i później VIP i kolejne strefy. Jak można VIPów puszczać przed pierwszą strefą?!? Wracając do biegu to… drugi kilometr już nam nie wyszedł, bo zrobiliśmy go w 3:36 min/km :) Zdecydowanie za szybko. Później tempo ustabilizowało się na około 3:52 min/km. Niestety gdzieś po drodze zgubiłem Kamila i leciałem już sam. Do połowy co jakiś czas czułem podmuchy z przodu… pocieszało mnie to o tyle, że za piątym kilometrem była nawrotka i wracało się tą samą drogą. Niestety… po zawróceniu okazało się, że tutaj jest jeszcze bardziej pod wiatr :) Nie wiem jak to możliwe, ale naprawdę tak było :) Na półmetku miałem 19:10, więc jak na łamanie 40 minut to nieco za szybko, ale w sumie dobrze, bo był zapas na drugą część trasy.
Od połowy zaczęła się już lekka męczarnia, tempo nieznacznie spadło i zaczęła się walka o wynik. Kilka razy przemknęło mi przez głowę, że „po co ja to robię?!?! Mogłoby zacząć mnie coś boleć to bym miał pretekst żeby zejść”. Na szczęście nie poddałem się kuszeniu głowy do odpuszczenia i starałem się trzymać tempo. Od około 7 km wiedziałem już, że na pewno złamię 40 minut… wiedziałem, że nawet gdybym zwolnił do 4:30 min/km to i tak się to uda. Od ósmego kilometra, po zaliczeniu ostatniego podbiegu na wiadukt, udało się nawet lekko przyspieszyć. Postanowiłem wtedy, że nie będę już patrzył na zegarek tylko będę biegł żeby nie demotywować psychiki. Gdy do mety było około 400 – 500 metrów postanowiłem przyspieszyć i nawet nie sprawiało mi to wtedy wielkiego problemu. Po chwili spojrzałem na zegarek, na którym widniał czas 38:33… do mety było już naprawdę blisko, więc zerwałem się jeszcze mocniej licząc na złamanie 39 minut. Niestety… zabrakło 8 sekund. Po prostu za późno spojrzałem na zegarek. Jestem przekonany, że gdybym miał świadomość jak niewiele brakuje to wycisnąłbym z finiszu więcej i złamałbym te 39 minut.

Nie ma jednak co narzekać… 39:08 to i tak życiówka poprawiona o ponad dwie i pół minuty. Na kolejne przyjdzie czas :)

Sylwestrowy trening na łąkach Krubińskich

01_wieliszew_01_artykul

Wyprawa zaplanowana była na spokojne truchtanie w tempie ponad 6:00 min/km. Takie też było tempo pierwszej połowy dystansu… takie a nawet, licząc średnio, lekko wolniejsze. Ekipa była bardzo wesoła, nie brakowało śmiechu i ciekawych rozmów. Dbaliśmy także o wszystkich uczestników, pilnując by nikt nie zostawał za stawką. Czekaliśmy i motywowaliśmy każdego komu chwilowo brakowało tchu i przeżywał kryzys. Nikt nie pozostawał sam. Gdy minęliśmy połowę zakładanego dystansu tempo nawet lekko wzrosło, a mimo tego wszyscy dzielnie znosili trudny wyprawy.

Trasa nie należała do łatwych… zdecydowanie nie był to gładki i przyjemny asfalt. Droga w znacznej większości prowadziła polnymi i leśnymi ścieżkami, na których nie brakowało błota i nierówności. Był to dużo większy wysiłek niż jakaś tam przebieżka po mieście. Jak dla mnie to duży atut i miła odskocznia od utwardzonej codzienności. Na samej końcówce niektórym uczestnikom trochę zaczęło brakować sił i stawka lekko się rozciągnęła. Każdy z zapartym tchem wypatrywał remizy, która miała znajdować się na około 20 km… okazało się jednak, że była po 21 km. Gdy okazało się, że do dystansu półmaratonu brakuje nam około 200 metrów, wraz z Agnieszką, postanowiliśmy przebiec ciut dalej by zaliczyć pełny półmaraton. Udało się i dzięki temu dzień jest jeszcze bardziej udany:) W końcu… nie co dzień bierze się udział w półmaratonie:)

Wielkie podziękowania dla gminy Wieliszew za fajną przygodę, a także dla współuczestników za świetną atmosferę podczas całego treningu. Gorąco polecam wieliszewskie treningi każdemu, kto chce pobiegać w sympatycznej otoczce z zorganizowaną grupą. Na końcu biegu były nawet ciastka i gorąca herbata:) Tym razem był też szampan, ale to dlatego że była to wyjątkowa okazja – trening Sylwestrowy.

Zapraszam do obejrzenia zdjęć z treningu, które mamy dzięki Ewie (www.ewakiec.com), która dzielnie nas fotografowała. Galeria znajduje się tutaj.

Zachęcam również do przeczytania relacji Rafała, którą można znaleźć na jego blogu: http://kalejdoskopbiegacza.blogspot.com/2013/12/sylwestrowy-pomaraton-biegowy-na-akach.html

Mój pierwszy czwartek z BNT

Po dwóch wtorkowych treningach, które były organizowane wspólnie przez Pobiegani.pl i Biegam na Tarchominie udało mi się przybyć na czwartkowy trening. Czwartkowe treningi organizowane są już tylko przez Biegam na Tarchominie, ale cieszą się większym zainteresowaniem niż te wtorkowe i przybywa na nie więcej biegaczy. Tym razem było nas sporo, bo około 20 osób. Jako że było to spotkanie tuż przed świętami zaczęło się od niespodzianki. „Kierownik” całego wydarzenia przyniósł pyszne pierniczki autorstwa swojej żony, która również należy do BNT. Po posileniu się ciastkami i wykonaniu pamiątkowego zdjęcia ruszyliśmy truchtem w kierunku mostu „Północnego”. Na miejscu zaplanowany był trening podbiegów na schodach. Kilka serii w górę i w dół i wszyscy czuliśmy już w nogach, że mięśnie dostały ostrą zaprawę. Wraz z nami była Ewa, która była naszym fotografem i dzięki niej mamy sporą galerię dokumentującą ten trening. Zdjęcia do obejrzenia tutaj. Po wycisku na schodach potruchtaliśmy do naszego punktu zbiorczego pod pocztą na Nowodworach. Tam jeszcze kilka zdjęć i koniec spotkania. Kolejne spotkanie planowane na drugi dzień świąt. Czekamy z niecierpliwością.

Pobiegani.pl i podbiegi pod most

pobiegani_2Po zeszłotygodniowych interwałach, na które poszedłem ze stanem podgorączkowym, cały tydzień spędziłem w łóżku. Wygrzewając się wypełniałem swoje zawodowe obowiązki zdalnie. Jak dobrze, że tak się da:) Nadszedł jednak kolejny wtorek i nie pozostawało nic innego jak wyskoczyć spod ciepłej pierzynki i udać się na trening. Zdrowie już było na tyle odbudowane, że postanowiłem zaryzykować. Na miejscu okazało się, że nasz trener też chory i nie da rady nas poprowadzić… nie dał jednak plamy i przywiózł kolegę, który go zastąpił i to w 100%… dał nam wycisk większy niż poprzednie interwały:)

Początek treningu taki sam jak tydzień wcześniej. Najpierw trucht na miejsce docelowe (chociaż dziewczyny trochę oponowały po drodze, że ten trucht to taki nie do końca trucht:) ), potem lekka rozgrzewka na miejscu i przejście do treningu zasadniczego. W tym tygodniu trening zasadniczy polegał na podbiegach pod most. Dwie serie po 3 razy. Podbieg miał długość około 200 metrów i nie był może jakoś bardzo stromy, ale jednak trochę się go czuło. Zasada była taka, że każdy bieg z serii powinien być trochę szybszy od poprzedniego. Po wbiegnięciu było 50 metrów powrotu idąc, a reszta leciutkim truchtem. Wszyscy podzieliliśmy się mniej więcej według tempa na grupki i wbiegaliśmy w takich właśnie na górę. Dwie serie poszły dość sprawnie, a na koniec trener zarządził jeszcze jedno wbiegnięcie, ale już tylko dla chętnych, całą mocą. Raz a porządnie. Większość oczywiście nie odpuściła i zaliczyła ten bonusowy podbieg.

Po wszystkim potruchtaliśmy, jak zawsze, pod pocztę, która jest naszym punktem spotkań. Tam lekkie rozciąganie, pamiątkowe zdjęcie, do którego tym razem wykorzystaliśmy renifera:) Teraz niestety zapowiada się dłuższa przerwa od wtorkowych treningów, bo a to wigilia, a to Sylwester… i tak trzeba czekać na nowy rok, by znów dostać wycisk od Pobieganych:)

Zdjęcie dzięki uprzejmości: Pobiegani.pl

Pierwszy trening w grupie

Biegam na Tarchominie i Pobiegani.plOd dłuższego czasu obserwowałem na Facebook’u grupkę zapaleńców, którzy działają pod nazwą „Biegam na Tarchominie”. Spotykają się w każdy czwartek, by razem pobiegać, a dodatkowo trenują we wtorki wraz z Pobiegani.pl. Nigdy nie mogłem się zebrać żeby do nich dołączyć, bo a to mecz w TV, a to byłem już po bieganiu i zwyczajnie mi się nie chciało. Dzisiaj jednak udało mi się zmobilizować. Było o tyle łatwiej, że umówiłem się z Kamilą, która też była bardzo pozytywnie nastawiona do wspólnych wybiegań, bo przygotowuje się do styczniowego biegu „Policz się z cukrzycą”. Spotkaliśmy się chwilę przed dwudziestą i potruchtaliśmy w wyznaczone miejsce spotkania z grupą. Na miejscu zastaliśmy grupkę roześmianych zapaleńców biegania. Od razu widać było, że atmosfera podczas treningów na pewno jest sympatyczna. Chwilę poczekaliśmy jeszcze na ewentualnych spóźnialskich i pobiegliśmy za naszym trenerem na małe roztruchtanie. Po paru kilometrach zatrzymaliśmy się na placyku przy ulicy by zrobić rozgrzewkę przed głównym treningiem. Trochę wymachów, skipów itd. itp. i byliśmy zwarci i gotowi do interwałów, które miały być tego dnia głównym punktem programu. Plan był tak, że robimy 6 serii, a w każdej 2 minuty szybkiego biegu, a po nim 2 minuty delikatnego truchtu. Nigdy wcześniej nie robiłem takich interwałów, więc było to coś nowego. Do tej pory biegałem interwały w taki sposób, że co kilometr robiłem 20-30 sekund ostrego sprintu. Podzieliliśmy się na grupki, w taki sposób by dobrać się w miarę pasującym tempem no i jeszcze tak by każda grupa miała stoper, by odmierzać wymagane 2 minuty. Po sześciu seriach czułem się lepiej niż zakładałem przed startem… płuca żyły i nawet mogły jeszcze trochę pobiegać:) Gdy wszyscy ukończyli trening potruchtaliśmy w miejsce spotkania. Tam zrobiliśmy parę ćwiczeń rozciągających, potem szybka wspólna fotka, a na koniec każdy dostał jeszcze butelkę wody, by mieć energię na powrót do domu. Ogólnie atmosfera i całość spotkania bardzo fajne… na pewno nie był to mój ostatni trening razem z tą wesołą brygadą:)

Zdjęcie dzięki uprzejmości: Pobiegani.pl

Nowy plecak i żel

Niedzielny poranek… idealna chwila by sprawdzić się na długim wybieganiu. Zaopatrzony w nowo nabyty plecak, w którym mogłem zabrać 2 litry picia w bukłaku oraz żel, które trzeba zacząć testować przed planowym startem w maratonie, mogłem wyruszyć. Plan zakłada przebieżkę w tempie dość szybkim, ale nie na tyle by mieć problemy z dotarciem do domu. Z trasą za wiele nie kombinowałem… postanowiłem pobiec 15 km w jedną stronę, a następnie wrócić dokładnie tak samo. Przed startem przygotowałem sobie cały bukłak Isostara i zabrałem 1 żel zakupiony w Decathlonie. To mój pierwszy żel w życiu, więc nie przebierałem za bardzo tylko wziąłem jaki był… tak dla sprawdzenia jak to się je:) Pogoda trafiła się bardzo fajna. Około 12 stopni, pochmurno, ale nie padało. Pierwsza część dystansu upłynęła bez żadnych problemów. Tempo trzymałem trochę poniżej 5:00 min/km. Na półmetku musiałem się na chwilę zatrzymać, bo rurka od bukłaka zbuntowała się i tak podwinęła, że nic nie chciało lecieć. Szybka operacja w plecaku i można było wracać ze swobodnym dostępem do izotonika. W drodze powrotnej okazało się, że trochę przesadziłem z ubiorem i musiałem zrobić kolejny postój na zdjęcie bluzy. Potem już tempo trochę siadło… nie wiem czy to przez to przegrzanie w bluzie, czy po prostu sił brakło, ale kończyłem z tempem już trochę ponad 5:00 min/km. Wcześniej, tak koło 18 km postanowiłem spożyć żel… nie wiem czy to placebo czy faktycznie coś dało, ale poczułem zdecydowany przypływ energii na pewien czas. Może i faktycznie te żele to dobry sposób na podładowanie akumulatorów.

Cała trasa liczyła 30.34 km. Pokonałem ją w niecałe 2 godziny 35 minut. Średnie tempo 5:06 min/km. Jest to wynik, z którego jestem bardzo zadowolony. Zważywszy, że maraton to jedynie 12 km więcej to mogę zakładać, że maraton zajmie mi godzinę dłużej… a to byłby świetny czas jak na maratoński debiut. Prócz czasu bieg ten miał pokazać jak sprawuje się nowy plecak. Zdał on egzamin celująco. Lekki, dobrze dopasowany, więc kompletnie nie przeszkadzał w biegu, a natychmiastowy dostęp do napoju to coś co dla mnie jest ogromnym plusem. Na pewno na maraton zabiorę plecak i nie będę nawet rozważał opcji biegu bez niego. Co do żelu… to muszę na pewno potestować jeszcze różne inne produkty, bo po jednym ciężko się wypowiadać.

Jak nastąpił przełom

Co pomogło mi wytrwać w bieganiu? Otóż nowe buty… Od samego początku biegałem w starych… bardzo starych i już mocno zużytych butach sportowych. Nie były one za pewne przeznaczone do biegania. Były to zwykłe sportowe buty kupione dawno temu, które przez wiele lat nakopały się bardzo dużo piłki i leżały teraz gdzieś zakopane na dnie szafy. Uznałem, że to najlepsze co mam do biegania, więc w nich biegałem. Każdy bieg kończył się niemiłosiernymi bąblami na stopach… ale to takimi, że potem ciężko było mi komfortowo chodzić, bo mocno dawały się one we znaki. Kupno butów ciągle odkładałem na później, bo sądziłem, że co tam może zmienić but… But jak but. Pewnie będzie trochę wygodniejszy, ale na moje delikatne, jak sądziłem, stopy i tak nic nie pomoże. Po zapisaniu się na Biegnij Warszawo 2013 uznałem, że trochę głupio będzie lecieć w butach, z których wystaje gąbka:) Stało się… trzeba udać się do jakiegoś sklepu i nabyć drogą kupna nowe buty. Narodziło się pytanie jakie? Czy w ogóle ma znaczenie jakie buty się kupi? Pewnie tak… Na szczęście trafiłem do sklepu, w którym była profesjonalna obsługa, a do tego odpowiednie oprzyrządowanie by sprawdzić jaki rodzaj stopy posiadam. Okazało się, że moja stopa jest neutralna, więc mam spory wybór obuwia. Mając już tę informację oraz podaną przeze mnie kwotę jaką planuję wydać na buty Pan sprzedawca pokazał mi kilka par, które potestowałem truchtając po sklepie. Od razu przypadły mi do gustu buty Nike Pegasus+ 30 i właśnie je nabyłem. Jak tylko założyłem je w sklepie pomyślałem… „Jak ja mogłem biegać w tamtych starych butach…” nawet nie przypuszczałem, że inny but na nodze robi taką różnicę. Genialna sprężystość. Nie mogłem się doczekać chwili kiedy pójdę na pierwszy bieg i przetestuję nowy nabytek. Wraz  z butami kupiłem też dwie pary skarpetek biegowych i tutaj też od razu poczułem różnicę między skarpetką biegową, a zwykłą bawełnianą. Komfort biegu nieporównywalny… nic nie uwiera, nic się nie ściąga… po prostu bajka. Pierwszy bieg w nowych butach i od razu poprawiony rekord życiowy na 5 km… drugi bieg i poprawiony rekord na 10 km. Niech nikt nie mówi, że dobre buty nie pomagają:) No i najważniejsze… po dziś dzień nie mam najmniejszych problemów z bąblami po biegu. Na podstawie tych doświadczeń wiem jedno. Nie warto męczyć się w złym obuwiu… nie warto oszczędzać na wygodzie biegu, bo to naprawdę na zdrowie nie wychodzi.

Później na fali euforii związanej ze sprzętem do biegania kupiłem jeszcze opaskę na głowę, komin na szyję żeby jakoś przetrwać chłodne dni oraz plecak z bukłakiem na dłuższe wybiegania. Z plecaka także jestem bardzo zadowolony… Jest niewielki, nie przeszkadza w czasie biegu, a 2 litry płynu dostępnego cały czas podczas treningu to jest coś pięknego:)

Sprawdzian półmaratoński

Tydzień po moim pierwszym oficjalnym starcie postanowiłem sprawdzić na co mnie stać na dystansie półmaratony. Wstałem w niedziele rano około 7.00. Ubrałem się i wyszedłem biegać. Moim problemem zawsze było to, że nie czuję tempa jakim biegnę. Tak też było tym razem. Po pierwszych czterech kilometrach, które pokonałem w tempie około 4:46 stwierdziłem, że muszę trochę zwolnić, bo nie dam rady w takim tempie pokonać aż 21 km. Tak też zrobiłem… piąty kilometr pokonałem już w tempie 5:09. Niestety jak się za chwilę okazało moje mocne postanowienie zwolnienia na tym się skończyło i wróciłem do swojego tempa. Potem jak analizowałem bieg na komputerze to przyczyna wolniejszego biegu na piątym kilometrze była oczywista. Po prostu był tam podbieg na most:) Całą trasę trzymałem już potem w miarę równe tempo, a nawet biegło mi się tak dobrze, że druga część dystansu poszła mi szybciej niż pierwsza. Sprawdzian półmaratoński okazał się bardzo udany, bo jak na moje małe biegowe doświadczenie to czas jaki uzyskałem (1:41:09) uważam za bardzo dobry. Średnie tempo kilometra to 4:48, więc nie jest to zły wynik. Wtedy narodził się plan by na wiosnę wystartować w Półmaratonie Warszawskim. Przed tym biegiem moje założenia, że „gdy kiedyś będę biegł półmaraton…” były takie, by pokonać go poniżej dwóch godzin. Teraz natomiast, bo jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia, chcę zejść poniżej 1:40:00. Mam nadzieję, że się uda. Trzymajcie kciuki w marcu:)

Podejście trzecie

Po zimie udało mi się wziąć za bieganie ponownie. Pierwszy bieg był już pod koniec marca i ten właśnie moment można uznać za trzecie podejście do biegania. Biegałem nie do końca regularnie, ale początek był niezły. Trwało to w tej formie do połowy września kiedy to zacząłem biegać już bardziej regularnie. Częstotliwość trzymała się na poziomie 2-3 biegi w tygodniu. Mniej więcej w tym okresie postanowiłem zapisać się na mój pierwszy oficjalny bieg. Padło na Biegnij Warszawo 2013. Od października częstotliwość treningów wzrosła jeszcze bardziej osiągając 3 biegi w tygodniu. Zaraz po pierwszym zdobytym medalu zapisałem się na drugi bieg, którym był XXV Bieg Niepodległości. Treningi zostały jeszcze bardziej wzmożone gdy pod koniec października zakiełkował mi w głowie pomysł dość szalony, ale czemu nie stawiać sobie poprzeczki wysoko? Stwierdziłem, że na wiosnę przebiegnę Półmaraton Warszawski (w marcu), a 2 tygodnie po nim Orlen Warsaw Marathon. Jak na pierwszy start na tych dystansach wydaje się to być dość mocne wyzwanie… motywacja zatem do treningów zimą będzie wielka. Gdy tylko postawiłem sobie ten cel postanowiłem znaleźć jakiś plan treningowy, który w pół roku przygotuje mnie do maratonu. Ze znalezieniem planu nie było problemu. Wprowadziłem sobie każdy z dni treningowych do kalendarza w telefonie i jak na razie trwam w reżimie treningowym. Początek listopada to start we wspomnianym XXV Biegu Niepodległości, a tydzień po nim wybrałem się do mojego rodzinnego miasta na III Bieg Otwocki. Forma z upływem czasu stabilizowała się, więc postanowiłem wpleść w plan treningowy jeszcze jeden bieg, którym był XVIII Żoliborski Bieg Mikołajkowy. Tak właśnie wyglądało trzecie podejście do biegania, które jak dotąd trwa i ma się bardzo dobrze.

Drugie podejście

Po dwóch miesiącach od pierwszego podejścia, które nie było zbyt obfite w biegi, zrobiłem drugie podejście. Tym razem wreszcie udało się zacząć naprawdę. Od 10 lipca rozpocząłem regularne bieganie. Początki były ciężkie i niezbyt szybkie… tempo oscylowało w okolicach 5:30 min/km – 6:00 min/km. W tym okresie zejście ze średnią na odcinku 5 km poniżej  5:30 min/km wydawało mi się czymś dalece nieosiągalnym, a poniżej 5:00 min/km całkowicie abstrakcyjnym. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak zmienia się postrzeganie z biegiem pokonanych kilometrów. Forma dość szybko rosła i już po około 3 tygodniach zacząłem biegać pięciokilometrowe trasy ze średnim tempem lekko poniżej 5:00 min/km. Taki namacalny progres dodawał mi wiatru w żagle. Jak to u programisty najbardziej przemawiają do mnie tabelki, liczby i wszelkiego typu statystyki. Dlatego nie wyobrażam sobie biegania bez Endomondo. Do tego stopnia, że zdarzało mi się kilkukrotnie, mając jeszcze starszy telefon, który nie zawsze łapał sygnał GPS przy słabej pogodzie, że wychodziłem na zewnątrz, włączałem Endomondo i po chwili wracałem do domu bez biegania, bo nie mogłem złapać sygnału:) Teraz na szczęście mam nowy telefon i nie ma z tym już problemu;) Regularne bieganie potrwało do połowy września. Tempo już było ustabilizowane na poziomie około 4:40 min/km – 4:50 min/km. Dystans jaki pokonywałem do było 5 km – 8 km. Mój najdłuższy bieg w tym okresie to 15 km pokonane w 1h 20” . Od połowy września zostałem pokonany przez pogodę. Było jeszcze kilka pojedynczych biegów do połowy listopada, a potem już śnieg pokonał mnie całkowicie. Tak skończyło się drugie, już konkretne podejście do biegania.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén