Niespełna pięć miesięcy po tym jak zarzekałem się, że nigdy więcej… przyszedł czas na mój drugi ultramaraton. Tym razem wybór padł na Łemkowyna Ultra Trail, który rozgrywany był w Beskidzie Niskim. Do wyboru był dystans krótki (70 km) oraz długi (150 km)… oczywiście wybór padł na krótszą trasę, bo na długiej umarłbym i to za pewne nie jednokrotnie. Na bieg wybrałem się razem z Kamilem… moim kuzynem, który zaczął biegać pół roku wcześniej i na swoim koncie nie ma jeszcze zaliczonego nawet maratonu. Jak widać jest większym hardcorem niż ja:) Ja po swoim pierwszym doświadczeniu z biegami ultra miałem jako takie wyobrażenie tego co może nas czekać. Poprzedni bieg, którym był Ultramaraton Podkarpacki także liczył sobie 70 km, ale miał około 1200 metrów przewyższeń… ten obecny na tym samym dystansie miał mieć tych przewyższeń około 2500 metrów. Moje wyobrażenia były więc takie, że będzie to podobny bieg z tym, że podbiegi będą nieco dłuższe.

Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce zacząłem rozumieć, że to chyba nie będzie tak jak sobie to wyobrażałem. Moja pierwsza myśl była… „tu naprawdę są góry”. Poprzedni ultramaraton startował w Rzeszowie, wiec gór tam za bardzo nie było. Na ten też jechaliśmy busem z Warszawy do Rzeszowa co tym bardziej potęgowało wrażenie podobieństwa. Jednak tym razem należało od tego Rzeszowa jeszcze trochę dojechać… start był z Chyrowej, a meta w Komańczy. Do Rzeszowa dotarliśmy na godzinę 13.30 w piątek, a do Chyrowej około 17.00. Bieg rozpoczynał się w sobotę o 7.00 rano, więc nie pozostawało nam nic innego jak, po ulokowaniu się w naszej kwaterze, iść odebrać pakiety. Tym razem, w odróżnieniu od poprzedniego biegu, wyposażenie obowiązkowe faktycznie było weryfikowane, więc po odbiór pakietu musieliśmy iść dobrze przygotowani. Na szczęście mieliśmy wszystko co konieczne, więc była to czysta formalność.

W tle oblodzone drzewa na szczycie (zdjęcie nie oddaje w pełni efektu)W sobotę pobudka o 5.30, dopakowanie wszystkiego do końca, szybkie śniadanie i pora pędzić ze wszystkimi rzeczami by oddać je do depozytu koło startu. Start i meta są w różnych miejscach, więc depozyt jest konieczny, bo organizatorzy zapewniają transport zdeponowanych rzeczy na metę w Komańczy. Ostatni zawodnicy odbierają jeszcze pakiety, pozostali rozgrzewają się, bo pogoda jest typowo jesienna. Nad głowami lata dron, który filmuję przygotowania do startu… nagle rozpoczyna się odliczanie i ruszyliśmy. Na pierwszym kilometrze czekał nas pierwszy, dość znaczący podbieg (tak przynajmniej wynikało z mapy). Tak też było… po przebiegnięciu niecałego kilometra trasa zaczęła wznosić się polną ścieżką. Wzniesienie było na tyle strome, że większość uczestników pokonywała je idąc… my, jak na nowicjuszy przystało, nie próbowaliśmy być szybsi. Wdrapaliśmy się na szczyt i potem kontynuowaliśmy bieg. Kolejne, najtrudniejsze wzniesienie miało nas czekać w okolicach dziesiątego kilometra. Miał to być najtrudniejszy podbieg/podejście na całej trasie. Całej czyli nie tylko naszej siedemdziesięciokilometrowej, ale także biorąc pod uwagę trasę dłuższą, która swoją końcówką pokrywała się z naszą, ale wcześniej prowadziła jeszcze przez nieznane dla nas 82 kilometry. Zanim jednak nastał ten trudny moment czekała nas niespodziewanie ciężka przeprawa z bardzo błotnistymi szlakami. Zarówno podbiegi jak i zbiegi na takiej nawierzchni nie należały do łatwych. Nogi grzęzły po kostki w błocie co znacząco utrudniało poruszanie się, a dodatkowo powodowało ślizganie się mimo obuwia przystosowanego do tego typu biegów. Mimo trudnych warunków biegło nam się bardzo dobrze. W górę żwawo, a w dół jeszcze bardziej. Zbiegaliśmy naprawdę szybko wyprzedzając innych biegaczy dość swobodnie. Błoto, korzenie, kamienie… wszystko to na zbiegach nie było nam straszne. Dotarliśmy w końcu do podbiegu, a w zasadzie podejścia. Nie wierze by ktokolwiek mógł tam podbiegać. Nie wiem jaki to był procent wzniesienia, ale w połączeniu z błotem i wyślizganą trawą dawało naprawdę trudną mieszankę. Na szczęście przed nami było sporo zawodników, wiec potworzyły się swoiste schodki od ich butów i można było znaleźć punkty zaczepienia na śliskiej nawierzchni. Czasami trzeba było chwytać się trawy, by się nie zsunąć. W pewnej chwili pomyślałem, że łatwiej będzie lekko podbiegać niż podchodzić. Nie było jednak możliwości wystartowania, bo co próbowałem rozpocząć bieg to noga mi się ślizgała… po kilkuset metrach polanka skończyła się i weszliśmy w las. Stromość jednak nie uległa zmianie. Teraz poruszaliśmy się serpentyną po zboczu. Docierając do szczytu usłyszałem, że zaczyna padać… nawet zapytałem Kamila „czy to deszcz?”. Po chwili okazało się, że to nie był deszcz. Na samym szczycie naszym oczom ukazał się krajobraz iście bajkowy. Drzewa, trawy i cała reszta pokryte były dość grubą warstwą lodu. Wyglądało to przepięknie, a to co padało to po prostu kawałki lodu strącane przez wiatr. Później trasa była już spokojniejsza i bez większego problemu dotarliśmy do pierwszego punktu żywieniowego, który zlokalizowany był na 22 kilometrze. Kanapki, ciastka, izotonik… uzupełnienie wody w bukłaku i można biec dalej. Jako cel obieramy kolejny punkt, który będzie na 39 kilometrze. Tuż przed ostatnim, mocnym podejściem. Do pierwszego punktu mieliśmy 22 kilometry, a tutaj ma ich być 17, wiec powinno zlecieć szybko. W sumie tak też się stało. Spora część tego odcinka prowadziła asfaltem, co było miłą odmianą od błota, które towarzyszyło nam przez większość biegu. Dwa razy wpadł mi do buty kamyk, ale nauczony doświadczeniem z Podkarpackiego ultramaratonu natychmiast się go pozbywałem by nie dopuścić do powstania bąbla. Paradoksalnie najtrudniejszym momentem tego odcinka był zbieg, na którym nie było błota tylko ubita nawierzchnia. Był on dość stromy i jak się lekko rozpędziliśmy to miałem strach w oczach, bo nie bardzo dało się hamować… na szczęście obyło się bez upadku i szczęśliwie dotarliśmy do drugiego punktu. Ja nie uskarżałem się na żadne dolegliwości, ale Kamil miał drobny problem ze stopą, na której robił mu się bąbel, więc skorzystał z pomocy medyków, którzy fachowo opatrzyli mu ranę. Ja w tym czasie wciągnąłem chyba 3 kubeczki żurku, który na tym punkcie był wyborny. Żurek, herbata, czekolada… tak zleciało mi oczekiwanie na koniec pracy medyków:) Uzupełniliśmy oczywiście braki wody i ruszyliśmy dalej. Kolejny punkt miał być na 53 kilometrze i to miejsce obraliśmy jako kolejny, psychologiczny punkt.

Błotko. Tutaj akurat skromny kawałek. Na trasie było go o wiele więcej.Tuż za punktem rozpoczynało się najdłuższe podejście na trasie. Na szczęście już nie tak strome jak to na 10 kilometrze, ale przez swoją długość też dawało się mocno we znaki. Na początku był to asfalt, potem szutrowa droga, ale później znów błoto. Kamil dobrze zbiegał, więc w dół prowadził on, a gdy było podejście ja byłem na przedzie. Nadawałem dość mocne tempo i w ten sposób wdrapaliśmy się na samą górę. Od tego miejsca miało już być w większość płasko lub w dół z niewielkimi podbiegami. Zbliżaliśmy się do ostatniego punktu, ale nie było go widać na horyzoncie. Według GPSu powinien już dawno być, a tu nic. Wtedy Kamil miał mały kryzys. Szczerze powiem, że nie był on taki mały, bo mówił, że już kończy i nie da rady dalej i jak go widziałem to byłem przekonany, że tak się stanie. Próbowałem go motywować, że mamy dużo czasu i damy radę, ale naprawdę wyglądał jakby miał zaraz zejść z tego świata. Na szczęście udało nam się dotrzeć do punktu, który jak się okazało był sporo dalej niż pokazywała to mapa. Na punkcie nawcinaliśmy się ciastek, czekolady, popiliśmy wszystko Colą, której było tam pod dostatkiem i ruszyliśmy na ostatnie 13 kilometrów, które pozostały do mety. Początek to podejście, które było już ostatnim na całej trasie. Potem pozostały już tylko symboliczne wzniesienia, ale ogólnie cała trasa była w dół lub ewentualnie płaska. Jako że poruszaliśmy się do góry to ja prowadziłem. Mając jeszcze świadomość, że Kamil ma kryzys musiałem go ciągnąć do przodu. Ruszyłem więc mocnym tempem do przodu. Plan był taki że idę szybko i co chwilę czekam na niego gdy trochę zostanie. Ale gdzie tam… Kamil narodził się na nowo. Zasuwam do przodu, oglądam się, a on jest tuż za mną. No to idę dalej nie zwalniając tempa, znów się oglądam, a on nadal się mnie trzyma. Później gdy teren się wypłaszczył patrze a ten mnie wyprzedza i biegnie dalej. Naprawdę w tym momencie pojąłem że wszystko siedzi w głowie. Taka przemiana nie byłaby możliwa gdyby nie chodziło o głowę. Prawdą jest to co piszą w mądrych książkach, że „jeśli wydaje Ci się, że już nie możesz… to tylko Ci się wydaje”. W taki sposób pędziliśmy do mety mając świadomość że nie uciekniemy przed zmrokiem. Staraliśmy się dotrzeć jak najdalej póki było coś widać. Noc zastała nas na szczycie, na polanie. Tam w ruch poszły czołówki. Na szczęście zostało nam już około 5 kilometrów do mety, więc parliśmy do przodu, bo wtedy już wiedzieliśmy że nie może nam się nie udać. Jako nowicjusze nie wiedzieliśmy jaki sprzęt kupić. Na szczęście mi udało się trafić na czołówkę, która świeciła… Kamil nie miał tyle szczęścia i kupił taką, która sprawiała że jego było widać, ale on nic nie widział :) Dotarliśmy do punktu gdzie skończyła się łąka, a zaczął ciemny las… las i błoto. Na początku szedłem pierwszy oświetlając drogę i co chwile odwracałem się oświetlając ją Kamilowi gdy było jakieś trudniejsze miejsce. Później jednak Kamil poszedł na żywioł i stwierdził „dobra… biegniemy!”. Trochę się zdziwiłem, bo o ile ja nie miałem problemu żeby biec to on poruszał się jak kret. No ale skoro chciał… to lecimy. Biegłem oczywiście przodem i co chwilę ostrzegałem tylko, że np „po lewej korzeń…”, „Błoto na środku” itd. Tak dotarliśmy do cywilizacji. Ja biegłem na luzie, a Kamil za mną, mało widząc powtarzał moje kroki ufając że wiem gdzie stawiam nogi. Wbiegliśmy na asfalt i nie mieliśmy pojęcia ile nam jeszcze zostało do mety, ale wiedzieliśmy że na pewno nie dużo. Tak też było. Nie wiem nawet po ilu minutach, ale na pewno nie więcej jak po dziesięciu dotarliśmy do mety. Medale, pierogi, żurek… i ulga, że się udało, że dotarliśmy, że nie zjadły nas wilki ani niedźwiedzie. po prostu szczęście:)

Śniadanie z Biedronki w oczekiwaniu na busa z Sanoka do Warszawy :)

Na mecie zaopiekował się nami jeden z organizatorów, który pokazał nam gdzie co mamy, gdzie pierogi, gdzie żurek… a do tego po wszystkim podwiózł nas do depozytu po rzeczy, poczekał cierpliwie aż się przebierzemy i jeszcze zabrał znowu na metę. Dzięki Gniewomir!

Imprezę oceniam bardzo dobrze. Niektórzy narzekali, że oznaczenie niby było słabe trasy, ale ja nie zauważyłem słabego miejsca. Wszędzie było wiadomo gdzie biec. Wolontariusze bardzo mili i pomocni. Na pewno nie zapomnę tego biegu długo. Teraz dopiero wiem co to znaczy prawdziwy bieg górki. Teraz wiem, że ten poprzedni to był spacerek w porównaniu z tym co było tu. Na pewno jeszcze wrócę by zdobyć dłuższą trasę. Złapałem bakcyla i już nie mogę się doczekać kolejnego biegu w górskim klimacie. No i dzięki Kamil dla Ciebie… sam bym za pewne nie dał rady. Co dwóch wariatów to nie jeden:)

Po biegu nocowaliśmy w szkole, gdzie noclegi zapewniał organizator. Gdy przybyliśmy na miejsce okazało się, że do dyspozycji zawodników są trzy klasy i sala gimnastyczna. Szukaliśmy miejsca, ale wszędzie było już dość tłoczno. W jedne klasie były same dziewczyny… one też nie bardzo chciały nas przyjąć :/ Zobaczyliśmy otwarte pomieszczenie z napisem „szatnia”… było puste, więc nie myśląc długo rozlokowaliśmy się w nim. Położyliśmy się pod jedną ze ścian zostawiając 2/3 sali wolne. Zamknęliśmy drzwi, wyłączyliśmy światło… i poszliśmy spać. Zanim usnąłem słyszałem co chwile jak przybywali nowi biegacze. Utkwił mi w pamięci jeden komentarz zawodnika, który z tego co się zorientowałem zajął wysoką pozycję w biegu na 150 kilometrów. Powiedział on coś w stylu „Przyjechałem tu, bo pomyślałem, że Beskid Niski, więc będzie fajny, przyjemny bieg… a tu okazało się, że trasa była naprawdę wyjątkowo trudna… byłem w szoku”. Tym bardziej poczułem wtedy dumę, że daliśmy radę… my żółtodzioby skoro nawet „fachowiec” stwierdził, że trasa była trudna. Najlepsze było jak przebudziłem się w nocy by iść za potrzebą. Wstałem, wyszedłem z naszego „aparatamentu”, a tam… cały korytarz zasłany śpiworami:) A my sami, w naszym dwuosobowym apartamencie. Dopiero po tym jak wróciłem dołożyły się do nas dwie osoby… chyba dlatego, że jak wracałem to źle zamknąłem drzwi i same się uchyliły. W ten sposób nasza dwójka zmieniła się w czwórkę. A rano na busa… i do Warszawy:)

Kamila produkcja dokumentująca naszą wyprawę :)

 

Podziękowania dla www.fast-foot.pl za profesjonalną pomoc w doborze obuwia
oraz dla Gabinetu Fizjoterapii i Biorezonansu za fachowe otejpowanie moich biednych achillesów.