Wieliszewski Crossing 2014 – zima

Do tej pory Wieliszewskie bieganie kojarzyło mi się wyłącznie z cyklicznymi, otwartymi treningami, które organizowane były w gminie w każdą niedzielę. Miałem okazję uczestniczyć w dwóch z nich i wspominam je bardzo dobrze. Dlatego gdy dowiedziałem się o cyklu biegowym „Wieliszewski Crossing” nie mogłem w nim nie pobiec. Cykl składa się z czterech imprez. Po jednej na każdą porę roku, a na pierwszy ogień poszła zima.


wieliszewski_crossing_zima_MG_1617

Na bieg zapisało się wiele osób z mojej grupy biegowej „Biegam na Tarchominie”, a także z zaprzyjaźnionej grupy „Zabiegani po uszy”. Pogoda tego dnia dawała się mocno we znaki, bo było kilkanaście stopni mrozu, a dodatkowe powiewy wiatru potęgowały odczucie zimna. Przy takiej temperaturze pruszący śnieg był już najmniejszym problemem. Po dotarciu do szkoły w Komornicy, która była punktem zbiorczym całego przedsięwzięcia, udaliśmy się do biura zawodów by odebrać pakiety startowe. Po drodze pierwsze co rzucało się w oczy to duże ognisko, które przygotowali strażacy. Idealny pomysł na zapewnienie ciepła zmarzniętym uczestnikom i kibicom. Jak się później okazało nie była to jego jedyna funkcja… główną atrakcją imprezy było pieczenie kiełbasy. Przy ognisku przygotowane były kije, a po biegu dostępny był też spory zapas tego przysmaku, który można było własnoręcznie upiec. Był to rewelacyjny pomysł, który na pewno był ogromnym plusem całej imprezy. Trzeba dodać, że start w biegu był darmowy co tym bardziej zasługuję na słowa uznania, bo organizacja była naprawdę dobra. Jedyna wpadka jaka przytrafiła się organizatorom to błędnie podana długość trasy. Przed zawodami podawane było, że trasa wynosi 6.5 km. Na karcie z oficjalnymi wynikami podano, że ta długość wynosiła 7 km… a według pomiarów GPSowych w czasie biegu wyszło około 7.5 km. To drobne niedopatrzenie nie może jednak zaburzyć ogólnego odczucia, że impreza zorganizowana była bardzo profesjonalnie. Był elektroniczny pomiar czasu za pomocą chipów, trasa była dobrze oznaczona, na trasie był punkt z gorącą herbatą no i były wyżej wspominane kiełbaski z ogniska. Przed startem na szkolnej stołówce, gdzie można było się trochę rozgrzać, było ciasto oraz herbata. Po biegu natomiast każdy uczestnik otrzymał pamiątkowy medal, a zwycięzcy wielu kategorii otrzymywali pamiątkowe puchary. Jak widać można zorganizować świetną imprezę i to bez wpisowego. Wielkie gratulacje dla gminy Wieliszew oraz głównego organizatora całego tego zamieszania wójta Pawła Kownackiego. Oby kolejne edycje były równie udane.

wieliszewski_crossing_zima_MG_1815Trasa biegu prowadziła leśnymi ścieżkami. Opady śniegu sprawiły, że było grząsko i „głęboko”:) Fragmentami, zwłaszcza na początku, było bardzo ślisko. Na szczęście wymieniłem swoje standardowe buty biegowe na kolce. Co prawda nie były idealne do tych warunków, bo były to kolce sprinterskie, ale na oblodzonej nawierzchni spisywały się idealnie. Dzięki nim tuż za startem zyskałem sporą przewagę „techniczną” nad zawodnikami w standardowym obuwiu. Po pokonaniu pierwszego oblodzonego fragmentu trasy, który znajdował się jeszcze na terenie szkoły, wbiegliśmy w las, gdzie trasa była bardzo wąska i biegło się praktycznie gęsiego. Jedyna szansa wyprzedzania była bokiem po głębokim niemalże do połowy łydki śniegu. Wiedziałem, że jak zostanę w miejscu, w którym jestem to czoło wyścigu mi odjedzie. Nie było na co czekać… ruszyłem więc po tym głębokim śniegu do przodu. Wyprzedziłem w ten sposób sporą grupę biegaczy. W końcu sił zaczynało brakować więc wróciłem na ścieżkę by odetchnąć. Nie miałem pojęcia jaką lokatę w tej chwili zajmuję. Manewr wyprzedzania kosztował mnie naprawdę sporo sił i przeżywałem po nim trudne chwile, ale na szczęście kryzys minął i potem biegło się całkiem dobrze. Mniej więcej na drugim kilometrze dogoniłem zawodnika miejscowej ekipy „Heron Wieliszew”. Był to Marek, za którym biegło mi się bardzo dobrze. Trasa była bardzo ciężka przez zalegający śnieg, więc sił ubywało z każdym krokiem… dobrze było mieć się kogo „trzymać”. Ostatni etap trasy prowadził wałem, na którym ścieżka była bardzo wąska i biegło się ciężko. Gdy Endomondo powiedziało mi, że minęliśmy już szósty kilometr, a na horyzoncie mety nie było widać stwierdziłem, że miejscowy zawodnik będzie pewnie wiedział coś więcej. Zapytałem, więc biegnącego przede mną Marka czy daleko jeszcze (w duszy wiedząc, że odpowie że już pół kilometra i meta), ale prawda była inna… „jeszcze z półtora kilometra”… wtedy to właśnie dowiedziałem się, że trasa jest o kilometr dłuższa niż miała być. Ja już ledwo co miałem siły na pokonanie ostatnich pięciuset metrów, a tu do pokonania trzy razy tyle. Na szczęście udało się dobiec do stadionu, na którym było do zrobienia jeszcze kółko i meta. Na stadionie wciąż biegłem za Markiem. Obejrzałem się i zobaczyłem, że goni nas inny zawodnik miejscowego „Heronu”. Nie wiem skąd, ale wynalazłem siły na mocny finisz. Krzyknąłem tylko do Marka „Dawaj, bo ktoś nas goni!” i poleciałem do przodu tempem około 3 min/km. Był to około dwustumetrowy finisz, który dał mi ostatecznie 17 lokatę na 106 zawodników, którzy ukończyli zawody. Czas jaki uzyskałem to równe 36 minut. Jak na warunki panujące na trasie to jestem bardzo zadowolony, bo średnie tempo wyszło mi 4:45 min/km.

Po biegu oczywiście medal, własnoręcznie upieczone kiełbaski na ognisku oraz ceremonia wręczenia nagród zwycięzcom. Podsumowując impreza była bardzo udana, świetnie zorganizowana i na pewno z chęcią pojawi się na kolejnych imprezach organizowanych w Wieliszewie.

Zapraszam na Facebook do galerii z tego biegu

Bieg o puchar Bielan i Bieg Chomiczówki

1490582_526216580809183_992070014_o

Ten dzień zapowiadał się wyczerpująco już na długo przed jego nadejściem. Dwa biegi pod rząd… wcześniej czegoś takiego nie robiłem. W planach był Bieg o puchar Bielan, którego dystans to 5 km, o godzinie 10.00, a następnie piętnastokilometrowy Bieg Chomiczówki o godzinie 11.00. Mało tego to rano okazało się, że pogoda daje się nieźle we znaki. Opady śniegu, wiatr i temperatura na poziomie -8 stopni Celsjusza. Zapowiadało się nieźle. Na biegach była, jak zwykle, duża grupa zawodników „Biegam na Tarchominie„. Niektórzy biegli tylko pierwszy bieg, inni tyko drugi, a część oba.

Mój plan był taki by spokojnie pobiec pierwszy bieg, a potem w drugim, na który miały być zaoszczędzone siły po pierwszym, pobiec na tyle na ile starczy mocy. Przed startem nie można było stać w miejscu, bo mróz dawał się we znaki. Na szczęście tuż przed startem zebraliśmy się na grupowe zdjęcie, co skutecznie odwróciło uwagę od zimna. Potem udaliśmy się na linie startu i wreszcie zaczął się bieg. Nie biegliśmy długo w naszej grupie, bo tłum był spory i szybko się pogubiliśmy. Zgodnie z założeniami starałem się biec tak by zachować siły na kolejny start. Początek biegu dał się we znaki głównie moim dłoniom. Mimo rękawiczek strasznie marzły mi palce. Na szczęście po około dwóch kilometrach rozgrzałem się na tyle, że dolegliwość ustąpiła i biegło się już bardzo fajnie. Przez cały bieg utrzymywałem w miarę równe tempo (średnie wyszło 4:13 min/km). Mimo całkiem niezłego tempa udało mi się przebiec cały dystans z dużą rezerwą sił, a na finiszu udało się nawet trochę przyspieszyć. Plan został zrealizowany. Siły zachowane, a dodatkowo wynik był nawet lepszy niż zakładałem. Czas 21:09 i lokata 117 na 809 startujących. To był mój pierwszy oficjalny bieg na 5 km. Po biegu odebrałem medal, potem dostałem foliową płachtę by za bardzo się nie wyziębić i miałem prawie 40 minut oczekiwania na drugi start. W międzyczasie obserwowałem finisz koleżanek i kolegów z grupy. Gdy już wszyscy zjawili się na mecie, przemieściliśmy się w osłonięte od wiatru miejsce i wspólnie oczekiwaliśmy na start drugiego biegu.

Tuż przed 11.00 stawiliśmy się na starcie drugiego biegu. Jego trasa była identyczna jak tego pierwszego, z tą różnicą, że tutaj są trzy kółka, a w poprzednim było tylko jedno. Moje założenia byłytaki by tutaj już się nie oszczędzać, ale z drugiej strony nie przesadzić na starcie, by zachować siły na cały dystans. Nigdy nie biegłem dystansu 15 km i nie miałem doświadczenia w rozkładaniu na nim tempa. Głównym minusem tego biegu było to, że były to pętle. Zdecydowanie wolę biegać na niepowtarzalnej trasie niż kręcić kilka jednakowych kółek. Na trase jednak wpływu nie miałem, więc trzeba było biec po tym co było. Na szczęście trasa, mimo pogody, przygotowana była bardzo dobrze. Nie było w ogóle ślisko, a tego się obawiałem.

Od samego początku biegło mi się bardzo dobrze. Tempo jakie narzuciłem na starcie, które oscylowało w okolicach 4:30 min/km, udawało mi się utrzymywać. Wiedząc jakim tempem biegnę miałem obawy czy aby nie przesadzam i czy uda mi się dotrzymać je do końca. Im dalej biegłem tym lepiej się czułem. Co mnie bardzo zdziwiło utrzymywałem, chyba bo nie mam czujnika tętna, bardzo dobry poziom rytmu serca. Utrzymując swoje tempo praktycznie przez cały dystans co jakiś czas kogoś wyprzedzałem i bardzo mnie dziwiło, że w porównaniu z innymi biegaczami, którzy dość mocno łapali powietrze, ja miałem bardzo spokojny oddech. Pod tym względem to był dla mnie bardzo dobry bieg. Kompletnie nie miałem zadyszki i można powiedzieć, że czułem się jakbym biegł tempem konwersacyjnym (a tempo 4:30 km/min raczej nigdy w moim wykonaniu takim nie było).  Zaczynając bieg zakładałem sobie, że fajnie byłoby pokonać go w czasie 1:15:00… W trakcie biegu, widząc jakie utrzymuję tempo zacząłem czuć presję, że może udać się zejść poniżej 1:10:00. Taki postawiłem sobie cel w czasie biegu. No i udało się. Mało tego… gdy wpadłem na metę poczułem złość, że nie dałem z siebie wszystkiego. Zazwyczaj na mecie nie jestem w stanie zafiniszować. Tym razem ostatnią prostą pokonałem niemalże jak pierwsze metry na sztafecie w Arkadii. To był po prostu sprint. Tym przyspieszeniem na pewno urwałem kilka sekund z wyniku, ale wiedziałem, że gdybym pobiegał tak, by nie być w stanie tak zafiniszować to pewnie urwałbym tym nie kilka sekund, ale być może nawet kilka minut. Wpadając na metę widziałem zegar, który pokazywał czas 1:08:06. Wiedziałem, że, jest to czas brutto, więc z wielkim napięciem czekałem na sms z wynikiem. W końcu przyszedł – 1:07:40. Czas jakiego nawet nie zakładałem przed startem. Nie sądziłem, że jestem w stanie takie tempo utrzymać przez całe 15 km. Czas świetny, ale jednak jest niedosyt. Czuję, że mógłby być trochę lepszy. Nie ma co jednak płakać nad rozlanym mlekiem. Był to pierwszy start na tym dystansie, więc uznaje że był udany. Lokata 295 z 1263, którzy ukończyli bieg wstydu nie przynosi:) Ten bieg dał mi jeszcze jedno przekonanie. Jestem pewien, że jestem w stanie przebiec półmaraton w czasie 1:35:00. Co przy mojej obecnej, nieoficjalnej życiówce 1:41:00 jest niezłym postępem.

Teraz pora zapomnieć już o tym biegu i zacząć z przerażeniem myśleć o kolejnym weekendzie. Pogoda zapowiada się dramatyczna pod względem mrozu, a czeka mnie kolejna Falenica, a w niedziele bieg w Wieliszewie. Będzie mroźno, ale ekipa BNT na pewno da radę… nie mam żadnych wątpliwości:)

Zapraszam na Facebook do galerii z tych biegów

Falenica – podejście drugie

_MG_0503Kolejny start w Falenicy. Po pierwszym podejściu, które okazało się srogą lekcją pokory, miałem niezłego stresa przed tym biegiem. Powiedziałem sobie jednak, że tym razem choćby na czworaka, ale do mety dotrę. Mimo stresu i respektu przed startem, zapisałem się tak jak poprzednim razem na 3 kółka i to te szybkie czyli na czas poniżej 48 minut. Od samego zapisu nie sądziłem, że może mi się udać osiągnąć taki czas, ale wiedziałem, że łatwiej będzie się biegło mając kogo gonić. W najśmielszych marzeniach chciałem złamać 50 minut. To był cel, który i tak wydawało mi się mocno abstrakcyjny po ostatnich falenickich doświadczeniach.

Na miejscu okazało się, że z naszej grupy „Biegam na Tarchominie” było jeszcze kilka osób. Prócz Kuby, który z zapałem zapisuję się ciągle na jedno kółko i próbuje złamać 14 minut, reszta biegła pełne 3 koła. Pogoda na szczęścia okazała się łaskawa i nie wiało tak jak dzień wcześniej, bo przy takich podmuchach biegłoby się bardzo ciężko. Było dość chłodno, ale to dobrze, bo w czasie biegu ta temperatura okazała się idealna. Moje założenia biegowe były odmienne niż kolegów. Kuba jak już wspomniałem miał łamać 14 minut na jednym kółku, Kamil startujący ze mną w strefie poprawić falenicką życiówkę, pozostali też mieli chrapkę na poprawienie swoich czasów, a ja? Ja też chciałem się poprawić w stosunku do poprzedniego startu… chciałem ukończyć pełne 3 kółka. Tuż przed startem Kamil powiedział mi żebym nie wystartował za ostro… wziąłem sobie to do serca i ruszyłem spokojnie bez szaleńczego wyprzedzania każdego kogo widzę. Niestety ta taktyka miała jeden minus… wpakowałem się w lekki tłum. Na szczęście udało mi się z niego uciec na zbiegu. Postanowiłem nadrobić trochę czasu i na pełnej prędkości pobiegłem bokiem trasy, między drzewami. W ten sposób wyprzedziłem sporo osób i uwolniłem się ze ścisku. Potem szło wszystko bardzo podobnie jak podczas pierwszej falenickiej eskapady. Do góry ciężko, a potem lekko w dół. Cały dystans biegłem z przekonaniem, że mam słabe tempo, bo nie przyspieszałem znacznie na zbiegach tylko zbiegałem bardzo delikatnie by mieć więcej czasu na regenerację przed kolejnym podbiegiem. taktyka ta okazała się chyba niezła, bo nie czułem ani razu całkowitego braku energii. Pierwsze kółko zleciało bardzo przyjemnie, potem drugie nie było gorsze i choć czułem po nim dość mocno trudy biegu to nie zamierzałem popełnić tego błędu co poprzednio. Motywowany przez, stojącego koło mety, Kubę i pamiętający słowa Kamila, który poprzednim razem, dziwiąc się, że odpuściłem, mówił że ostatnie kółko jest najłatwiejsze i powinienem biec dalej… pobiegłem. Okazało się, że Kamil miał rację… ostatnie kółko szło nadzwyczaj lekko. Może dlatego że uczepiłem się jednego biegacza, który miał idealne dla mnie tempo i biegłem za nim. Czasami go wyprzedzałem, potem on mnie i tak wspólnie zbliżaliśmy się do mety.

Na mecie, gdy zatrzymałem Endomondo nie dowierzałem. Okazało się, że stoper zatrzymał się na czasie 47:20 (oficjalnie zmierzony czas wynosił 47:23). Nie dość, że udało mi się ukończyć całe 3 kółka to jeszcze zmieściłem się w czasie, na który się zapisałem. Przyznam, że duma mnie rozpierała i do tej pory rozpiera. Ogólnie dla naszej grupy zawody były udane, bo z tego co wiem to Kamil poprawił swój wynik, inni chyba też. Kuba pobiegł trochę wolniej niż ostatnim razem, ale zajął bardzo wysokie siódme miejsce z czasem 14:09. Teraz już z niecierpliwością czekam na kolejne falenickie biegi, które planowane są na 25 stycznia 2014.

Zapraszam do galerii z wydarzenia zamieszczonej na Facebook’u

10k Parking Relay czyli sztafeta na parkingu CH Arkadia

Parking CH Arkadia stał się areną rozgrywanej po raz pierwszy sztafety „10k Parking Relay”. Był to bieg na dystansie 5 x 2 km, w którym wystartowało 91 zespołów. Ze względu na dużą liczbę zgłoszonych sztafet start został rozłożony na dwie raty. Pierwsza tura wystartowała o godzinie 11.00, a druga zaraz po niej o godzinie 12.00. My jako „Biegam na Tarchominie” zgłosiliśmy do startu aż trzy sztafety. Jedną teoretycznie najszybszą (BNT I), która trafiła do tury drugiej oraz dwie sztafety (BNT II i BNT III), które startowały o godzinie 11.00. Ja załapałem się do elitarnej:) sztafety „BNT I”.

Nie biegając nigdy wcześniej w sztafecie, a także nie ścigając się na tak krótkim dystansie miałem pewne obawy jak mi ten start pójdzie. O ile sztafeta nie była wielkim problemem, bo jedyne utrudnienie to przekazanie pałeczki, a z tym raczej nie powinno być problemów to krótki dystans już mógł być. Nie miałem pojęcia jak rozłożyć siły i czy w ogóle je rozkładać. Chciałem dać z siebie wszystko, tak by na mecie nie mówić „a mogłem pobiec szybciej”, ale z drugiej strony nie chciałem doczłapywać się do mety w żałosnym tempie.

Po przyjeździe do Arkadii okazało się, że jeden zawodnik z „BNT II” nie dotarł i potrzebne zastępstwo. W ten oto sposób zostałem wpisany do dwóch sztafet i zaliczyłem dwa biegi w odstępie trochę ponad godzinę. Najpierw o godzinie 11.00 pobiegłem w teoretycznie wolniejszej sztafecie „BNT II”, w której biegłem na drugiej zmianie, a o 12.00 miałem bieg w „BNT I”, gdzie założenie było takie, że musimy zejść poniżej 40 minut. Jak potem się okazało było to dość niewygórowane zadanie:)

Przed pierwszym biegiem dostałem przykaz, że mam się nie przemęczać, bo priorytet to start o godzinie 12.00. Tak też zakładałem, ale jednak wyszło trochę inaczej. Jak tylko przejąłem pałeczkę od Natalii pognałem ostrym tempem do przodu i jak zwykle przesadziłem. Już w połowie pierwszej rundy zorientowałem się, że takiego tempa nie da się utrzymać i zwolniłem. pierwsze kółko pokonałem z rewelacyjnym jak dla mnie czasem 3:32 (zakładałem, żeby oba kółka pokonać około 4:00). Drugie jak można było się spodziewać nie było już tak efektowne, ale i tak nadspodziewanie dobre, bo zamknąłem je w czasie 4:06 co dało łączny czas dwóch kilometrów 7:38. Byłem mega zadowolony, ale kosztowało mnie to sporo sił i bałem się czy zdążę się zregenerować przed drugim startem.

W drugim biegu, bym miał więcej czasu na regenerację, zostałem ustawiony na czwartej zmianie. Ekipa była bardzo mocna i absolutnie nie chciałem popsuć czasu. Pierwszy ruszył Kamil, który rozpoczął mocnym uderzeniem, bo zrobił czas 7:20. Potem dwa kolejne szybkie biegi (oba poniżej 8 minut) w wykonaniu dwóch Marcinów i przyszła kolej na mnie. Czułem już się całkiem dobrze i wydawało mi się, że jestem wystarczająco zregenerowany. Przejąłem pałeczkę od Marcina i wystartowałem znów bardzo mocno. Jak się za chwilę okazało ponownie za mocno i już przed końcem pierwszego kółka czułem, że mam zero energii. Było to jednak świetne okrążenie, bo udało mi się poprawić czas z pierwszego biegu i wykręcić najszybszy czas jednego kółka z nas wszystkich 3:28. Niestety była za ładnie, bo drugie kółko było prawdziwą walką o dotrwanie do końca. W połowie miałem już ciemno przed oczami i byłem przekonany, że zaraz padnę. Na szczęście dobrnąłem jakoś do mety i wykręciłem czas lepszy niż w pierwszym biegu, bo 3:57 co łącznie dało mi świetny czas 7:25. Po biegu byłem tak wyczerpany, że musiałem posiedzieć chwilę pod filarem by dość do siebie. Na ostatnią zmianę ruszył Kuba, który jeszcze bardziej podkręcił tempo i pokonał dwa kółka w czasie 7:21. Dzięki temu zakończyliśmy bieg z łącznym czasem 37:40 i zajęliśmy 24 miejsce pośród 91 startujących ekip. Biorąc pod uwagę założenie by zejść poniżej 40 minut to bieg trzeba uznać za bardzo udany. Cała piątka uzyskała czasy poniżej 8 minut. Już nie możemy doczekać się kolejnych sztafet, bo atmosfera przy takich imprezach jest świetna.

Jak zwykle Ewa zadbała o to by nie zabrakło zdjęć z naszych biegowych wyczynów. Zapraszam do galerii.

II Bieg Noworoczny w parku Skaryszewskim

08_noworoczny_artykulBieg który z założenia miał być potraktowany na luzie, by oszczędzić siły na sztafetę, która odbędzie się dwa dni później na parkingu CH Arkadia, a która jest startem priorytetowym. Zapytacie pewnie po co w takim razie startuję skoro za dwa dni mam ważny bieg? Tak to już jest, że jestem łasy na medale:) Bez pośpiechu, ale do celu… takie było założenie. Dystans nie bardzo wymagający, bo tylko 8 km. Okoliczności przyrody bardzo przyjemne, bo bieg odbywał się w parku i to w parku pełnym zaprzyjaźnionych wiewiórek:)

Na miejsce dotarliśmy z Ewą, która jak zwykle zapewniła fotorelację oraz z Kamilą, która tym razem nie biegła tylko zagrzewała nas do biegu… nas, bo z naszej tarchomińskiej grupy było jeszcze trochę biegnących ludzi. Dodatkowo Agnieszka, która tym razem nie biegła, była naszym drugim fotografem. Bieg prowadził parkowymi alejkami, które tworzyły pętlę jaką zawodnicy mueisli pokonać trzykrotnie. Teoretyczny dystans to 8 km, ale prawdę mówiąc był chyba trochę krótszy. Moim zdaniem było to niewiele ponad 7,5 km.

Teoria teorią, a po starcie jak zwykle wyrwałem do przodu tempem, które powinno być co najmniej o minutę wolniejsze na każdym kilometrze. Powinienem napisać, że po trzech kilometrach opanowałem się i zwolniłem, ale niestety prawda jest bardziej brutalna. Po prostu spuchłem. Trochę mnie to zdziwiło, bo niby zacząłem dość szybko, ale znowu nie aż tak szybko by po trzech kilometrach stracić siły. Przypuszczam, że mogło to być spowodowane przetrenowaniem w ostatnim tygodniu, a jednocześnie brakiem treningów szybkościowych. Sporo biegałem, ale wszystko spokojnym, niewymagającym tempem. Nie był to zbyt dobry prognostyk przed zbliżającą się sztafetą. Spokojniejszym tempem pokonałem jednak wymagane trzy kółka. Po drodze dzielnie uśmiechałem się do naszych BNTowych aparatów i dbałem by w miejscach gdzie byłem fotografowany wyglądać rześko:) Po dotarciu do mety, otrzymaniu medalu udałem się do punktu odżywczego, gdzie otrzymałem żurek, pączka, herbatę oraz pieczywo… bardzo ładny zestaw, który przywrócił utraconą podczas biegu energię. Bieg ukończyło 427 zawodników. Ja skończyłem na 65 miejscu z czasem 35′ 12”, a do zwycięzcy straciłem 9′ 15”. Kolejny start to ważna sztafeta. Oby tylko przez dwa dni organizm zdążył się zregenerować.